Hania z warkoczykami KopiowanieHanna Chrzanowska, Wspomnienia. [spisane w latach 1956-1960],
na podst. oprac. A. Rumun - red. A.N., s. 4-6.

I. WSPOMNIENIA DZIECIŃSTWA

Rodzina - c.d.

Zanim zacznę nowy rozdział na temat owego urazu, który mnie pchnął na dzisiejszą drogę – muszę nagle odwrócić się od domu mojej babki na Zielonym Placu w Warszawie.

Siadam w pociąg na dworcu Terespolskim na Pradze, na który zajeżdżało się dorożką po podworcu o kocich łbach. Czekamy w poczekalni ze wspaniałym bufetem /za „Ruska” były chyba najwspanialsze/ wsiadamy w pociąg – brzmi pierwszy, drugi, trzeci dzwon /nie mogłam zrozumieć dlaczego skasowano ten zwyczaj, dodający tyle uroku gorączce podróży/ Nazwy stacji brzmiące w moim uchu dotąd melodią najbardziej swojską, a tak pradawną! Miłosna, Mrozy, Broszków, Siedlce: na stacji chyba zawsze ktoś ze stryjecznego rodzeństwa, a nawet i Stryj, uprzedzony o naszym przyjeździe. Łuków i potem Międzyrzec, z końmi zaprzężonymi do zrujnowanego powozu, albo do bryczki. Podlasie ze swymi łąkami, gaikami brzóz i kępami olszyn. Podlasie, gdzie żyły tradycje unickie, gdzie mówią śpiewnie i jak mój ojciec utrzymywał – najlepiej po polsku z całej Polski! Nie piszę przecież pamiętnika mojego życia. Pisać mam tylko o jednym jego nurcie. Nie będę się zagłębiała ani w gęstwy olszyn, czarnej sieci, w której okach różowały błyski zachodów, nie zatrzymam się ani na świerkowej alei, ani na szałasie ogrodnika, ani nawet na lipowej alei, ani na uroku młodego dworu, na piecu w salonie. Skłaniam się tylko przed sztychem Króla Jana i przed trzema innymi przedstawiającymi trzy fazy życia więźnia: ostatni – to był szczęśliwy powrót!
W sypialni babki /obok był pokoik, w którym podczas jednych wakacji złapały się 24 myszy/ wisiała kalwaria, a raczej już pogrzeb Pana Jezusa: święty Jan patrzący w niebo, jakby je brał za świadka, któraś ze świętych Niewiast z ciężko opuszczoną głową i rozwianym włosem – w głębi Matka Boska, niemal mdlejąca.

Był tam też klęcznik, ale nie mam w oczach klęczącej, bardzo pobożnej mej babki /widocznie modliła się, kiedy ja już spałam, albo kiedy spałam jeszcze/ pamiętam natomiast, że chętnie drzemał na poduszce klęcznika zwinięty w kłębek DAR, nie zniechęcony tym, że go wiecznie przepędzano, przy czym babka pomawiała mojego własnego, przywiezionego jamnika o nauczanie Dara tego, co uważała za rodzaj świętokradztwa….

Otóż obyczaje domu rodziców mojego Ojca odbijały się zupełnie harmonijnie w mojej świadomości, kształtującej się w atmosferze dobroczynności Jasnej ulicy.

Ochrona dla dzieci była utrzymywana przez „dwór” /trudno o dwór skromniejszy/. Stosunek do ludzi w czworakach był tak naturalnie – tak właśnie: demokratyczny, że nie istniały żadne zagadnienia. Dziadek o przepięknej głowie, szczeropolskich rysach i mlecznych włosach był wzorem obywatela, a moja babka /pełna fantazji, niesprawdzonych przeczuć i swoistego humoru/ - świadoma swoich obowiązków, rzadką przedstawicielką drobnego ziemiaństwa.

Życie obojga było skromne, a pełne godności. Nie umiem powtórzyć za kimś, kto się niedawno wyraził, mając na myśli filantropię mojej warszawskiej rodziny: przewroty społeczne byłyby niepotrzebne, gdyby cała bogata burżuazja była jak Szlenkierowie!

Nie, kontrast między ścianami salonu obitymi jedwabiem i plafonem z lunetami al. fresco a mieszkaniem Antoniego – był kimś pośrednim między woźnym, lokajem, a stróżem – w każdym razie kto inny był lokajem, a kto inny stróżem – był zbyt dla mnie duży, bolesny. Ale jestem najzupełniej pewna, że dziadek mój, oglądając plany budującego się domu, nie umieścił w bezsłonecznych izbach rodzin swych oficjalistów przez jakąś pogardę dla niższego rodzaju ludzi. Tylko tak wyszło z planów i zapewne z mody ówczesnej: cały front zajmowały stosunkowo najmniej używane pomieszczenia recepcyjne, a wszystkie sypialnie były w oficynach. Moja Matka mówiła o tym fakcie z głębokim zdumieniem, pozbawionym zresztą wszelkiej niechęci do swojego ojca, ale w poczuciu krzywdy ludzkiej – mieszkańców.

Jak wobec tego faktu umieścić sumy, które dziadek dawał na „cele społeczne”? Czy nie brakło tu czegoś zupełnie zasadniczego? Miłości do najbliższych bliźnich /poza rodziną bliższą i dalszą super hojnie wspomaganą./ Okropnie głupie myśli snują mi się po głowie. O, nie trudno rozumować tak w czasach metrażów mieszkaniowych, w siedemdziesiąt cztery lata po wybudowaniu pałacyku na Jasnej ulicy! Jakie ja bym wykroiła mieszkanko, choćby i luksusowe dla dziadków, ich 3-ch córek, syna, dame de compagnie – z salonem w oficynie, z cackami pokojowymi zalanymi słońcem dla oficjalistów….

Tymczasem co? Mam pokój jeden jedyny, ale słoneczny i nie najmniejszy – i ciepły i suchy i własny – a czyż bym się zamieniła na sutereny, z którąś matką pięciorga dzieci? Czyż nie jestem szczęśliwa, że ten dylemat nie istnieje, bo mam „służbowe” mieszkanie?

Tymczasem moi wiejscy dziadkowie, którzy z trudem mogli się zdobyć na wyższe wykształcenie swych czterech synów /mój ojciec właściwie sam się przebijał dzięki stypendium, a nade wszystko korepetycjom/ wybudowali obszerne, widne czworaki. A tynk całymi płatami odpadał z murów ich własnego domu, który wydał mi się kiedyś aż żenująco obszarpany, podobnie jak tak bardzo ubogie wydały mi się kiedyś rabatki kwiatów przede dworem.

Otóż myślę, panie przewodniczący Rady Narodowej i pierwszy Sekretarzu PZPR, że gdyby wszyscy ziemianie byli tacy, jak moi dziadkowie – to…. nie, nie powiem, że reforma rolna to rzecz zbędna, ale w żadnym wypadku reforma nie byłaby likwidacją krwiopijstwa….

Dobroć mojego ojca, dobroć cudowna, była na pewno dalszym ciągiem dobroci tego domu. Choć mieniła się własnym światłem, specjalnie w niego rzuconym przez Boga, z tylko Bogu właściwą rozrzutnością.

Była to dobroć w stosunku do drugiego człowieka, konkretnego, tego właśnie bliźniego (...).

Hania 1910 KopiowanieHanna Chrzanowska, Wspomnienia. [spisane w latach 1956-1960],
na podst. oprac. A. Rumun - red. A.N., s. 1-4.

I. WSPOMNIENIA DZIECIŃSTWA

Rodzina

1. Jak to odgrzebać z przeszłości? Jaki był powód, że zostałam pielęgniarką? Różni mędrcy z „dzisiejszej rzeczywistości” mówią tak: dawne pielęgniarki – dawne, to znaczy przedwojenne, burżuazyjne i do tego sanacyjne – to były albo hrabiny, albo…. zawiedzione w miłości.
Że nie jestem hrabiną, powszechnie wiadomo, chociaż hrabiny to też ludzie, a co do tej miłości, wierzcie mi na słowo, że nie! W żywotach świętych, tych zakrystyjnych, czyta się zawsze, że bohater słyszał głos boży już w najwcześniejszym dzieciństwie. Bohaterka niniejszych wspomnień, acz nic nie mająca wspólnego z „wonią świętości” odczuwała coś podobnego również depuis sa plus tendri enfance - / jak w sentymentalnych opowieściach francuskich/, nie mając zresztą przeczucia, że to głos boży.
Coś się już działo w dzieciństwie. Jako dziecko, z napiętą uwagą wygrzebywałam liściem pyłki ziemi z rany na nodze małej towarzyszki zabaw, a potem jako kilkunastoletnia dziewczynka nacięłam sobie kiedyś scyzorykiem kolano, aby je móc opatrywać. Ale w takim razie dlaczego nie poszłam na medycynę? Czemu bawiłam się lalkami w szpital nie, jako doktór, tylko jako pielęgniarka? Otóż doznałam w dzieciństwie urazu, ale urazu w całym tego słowa znaczeniu – dodatniego.
Chodzi mi czasem po głowie, że powinnam napisać takie sobie studium o filantropii. Patrzyłam na nią odkąd pamiętam, na jej wszystkie blaski – nie widząc. Na szlachetność serc, która na pewno była pierwszą pobudką. Ale cóż to jest „szlachetność”? Słowo szerokie niebezpieczną szerokością, dość obszerne dla pomieszczenia wielu małostek, jeśli już nie kilku przynajmniej grzechów głównych….
Nie chcę tu bynajmniej obwiniać ojca mojej matki, dla którego pamięci – choć go nie znałam – mam głęboki szacunek. Jego testament mówi o rozpiętości jego zainteresowań społecznych i jest doprawdy przeciekawym dokumentem. Dziadek majątku dorobił się własną olbrzymią pracą, a robotnicy mieli u niego na pewno lepiej, niż wielu obecnych przodowników….
Nie chcę obwiniać mojej babki, wykwintnej pani, do której każdego pierwszego zgłaszały się całe szeregi „biednych” po jałmużnę. /Pamiętam parogodzinną defiladę ludzi naprawdę przejętych, nie tylko ciekawych, na którą patrzyłam zaszyta w gąszczu krzewów przeniesionych z zimowego ogrodu do buduaru obitego czernią, za katafalkiem z trumną babki/.

Agnieszka Osiecka (pseud. Hanny Chrzanowskiej)
cyt za: Myśl Narodowa nr 47/1938 str. 725

…POCIESZYCIELKO NASZA!...

Mój kwiatuszek, mój synaczek zsiniał…
Więcem go porwała na ręce
Obronić, własny ciepłem spowinąć,
Zgłuszyć oddech kwilący – w piosence…
Nie obroniłam, nie ogrzałam,
Jenom go w śmierć wśpiewała, wkołysała,
Biły dzwony, grała jasna niedziela,
Gdy synaczek na rękach mi zbielał.

- A czyżem Ci go Panno święta nie ofiarowała,
Gdy z miłości i z bólu i z mego narodził się ciała?
Zawierzyłam-ć w tej samej chwili,
Gdy krzyk jego nieba mi uchylił.
Lśniący ryngraf zawiesiłam nad kołyską,
By Ci do niej było blisko!
U kołyski klękałam, nad nią błyszczała rozpięta
Mych nadziei, Twych promieni zasłona cienka:
Uchroń mi go, zachowaj,
O można, o wierna, o Boża!

Zaraz w nocy, kiedy zachorzał,
Ślubowałam iść do Częstochowy,
Z Częstochowy prze kraj cały piechotą
Biec do Ostrej Bramy złotej,
Z Ostrej Bramy lecieć do Kodnia, -
Krzyżem padać i szeptać co dnia
Aż do śmierci litanię, różaniec!

Podeptałaś płacze błagalne,

Referat Hanny Chrzanowskiej wygłoszony dnia 14.II.1973 r. w Warszawie.[i]

Apostolstwo świeckich w opiece nad chorymi.

 Reprezentuję parafialną opiekę nad chorymi – pielęgniarstwo parafialne wchodzące w skład Duszpasterstwa Chorych Metropolii Krakowskiej.

To co powiem – powiem w imieniu tzw. stałych Parafialnych Opiekunek Chorych świeckich i zakonnych na podstawie naszego, blisko 16 letniego już doświadczenia. U podstaw koncepcji naszej pracy od samego początku leżał motyw religijny. Pomoc w niesieniu krzyża chorym a w nich Chrystusowi. Nie mogło być inaczej, bo przecież to powstało jako praca kościelna. Od początku starałyśmy się opierać naszą pracę o karty Ewangelii, gdzie tyle jest mowy o stosunku Chrystusa do chorych. Przezwyciężając moc trudności dopięłyśmy zorganizowania naszej pracy w większości parafii samego Krakowa i szeregu miejscowości w diecezji. zrobiona niedawno statystyka do końca 1971 r. wykazała 2,625 osób, które przeszły przez naszą opiekę. Może się to wydawać mało, ale w tę statystykę wchodzą ci chorzy, którzy byli pielęgnowani na samym początku. A na samym początku było kilkanaście osób a nie blisko 600 jak to jest obecnie w Krakowie. Nie zrobiłyśmy jeszcze statystyki obejmującej rok 1972, dlatego, że to jest praca bardzo żmudna a w hierarchii ważności naszej pracy musimy to odłożyć na drugi plan. Gdyż statystykę robimy bardzo dokładnie i uczciwie a nie byle jak, aby zbyć.

Obowiązuje nas regulamin stałych Parafialnych Opiekunek Chorych. Wymienię tutaj pokrótce zasady tego regulaminu a więc naszej pracy: Opiekunka Chorych, czyli pielęgniarka jest pracownicą parafialną zaangażowaną i opłacaną przez ks. proboszcza. To opłacanie wynika z jej obowiązków, których wykonanie wymaga pełnego czasu zatrudnienia i to ją odróżnia od innych pracowników parafialnych, a w skład których ściśle wchodzi, ale nic nie odejmuje aspektu jej pracy charytatywnej. Opiekunka obejmuje z ramienia ks. proboszcza przede wszystkim chorych przewlekle i ludzi starych, takich ludzi chorych przewlekle jak reumatycy, paralitycy, rakowaci, właściwie takich, jakich dotykała dłoń Chrystusa. A więc wszystkich chorych, którzy specjalnie wymagają opieki pielęgnacyjnej. Pielęgniarstwo parafialne /druga zasada/, nie jest tylko pielęgniarstwem ubogich. Kryterium przyjmowania nie jest stan materialny ale rzeczywista potrzeba pielęgnacji. Nie jest tez pielęgnowaniem ludzi samotnych czy osamotnionych. Chory może mieć rodzinę nawet mieszkającą razem z nim, ale pracują po za domem albo też niedołężną, albo też taką, która nie ma pojęcia o pielęgnacji. Opiekunki parafialne nie pełnią dyżurów 8 godzinnych, ani dyżurów nocnych tylko przebywają u chorego tak długo jak tego wymaga zrobienie pielęgnacyjnych zabiegów. I stąd też każda może mieć dziennie 6 chorych przeciętnie, a ogół przypadający na każdą siostrę jest dużo większy, bo nie wszyscy wymagają codziennej pielęgnacji, ale pielęgnacji systematycznej. Chorzy są przyjmowani pod opiekę bez względu na ich przekonania i polityczne i religijne i bez względu na stan moralny środowiska. Opiekunkami chorych są albo kwalifikowane pielęgniarki, albo też osoby przyuczone na 3 miesięcznych kursach organizowanych co roku przez Wydział dla Spraw Zakonów Żeńskich Kurii Metropolitalnej. Dzięki temu nie tylko umieją pielęgnować ale umieją też przeprowadzać rozeznanie społeczne co im pozwala na orientację i rozstrzyganie czy i w jakim wymiarze należy chorych pielęgnować. Przeważnie są to siostry zakonne i przez to niektóre zgromadzenia realizują swoje powołanie. Trzeba powiedzieć, ze współpraca między nami pielęgniarkami świeckimi a zakonnicami (które są w większości), układa się bardzo dobrze, można powiedzieć doskonale. Kwestia tego, że z ramienia parafii przychodzą do chorego siostry zakonne podnosi autorytet habitu. Habit budzi zaufanie, chorzy są przekonani, że opieka jaką zakonnice nad nimi roztoczą będzie naprawdę solidną. Oczywiście, że zachodzi tutaj pewne niebezpieczeństwo a mianowicie niebezpieczeństwo instytucjonalizmu, ale nam nie chodzi o to aby zespół pielęgniarek parafialnych był jedynym zespołem zajmującym się chorymi. Wprost przeciwnie, ogniskujemy koło siebie i cały szereg ugrupowań z laikatu, pomocniczych i o niesłychanie wartościowym apostolstwie. Poza tym mobilizujemy pomoc sąsiedzką. Jeżeli np. ktoś do mnie telefonuje z pretensją, że sąsiedzi zajmują się chorym, dlaczego tam nie idzie siostra? a dlaczego nie ma iść sąsiad? jeśli może. My nie staramy się wcale ujmować obowiązków miłości bliźniego czy to od rodzin, czy od innych szerszych kręgów. Wiemy wszyscy, że laicyzacja ogarnia Polskę coraz szerzej i państwowa Służba Zdrowia nie jest tu wyjątkiem. Jeśli wśród jej personelu są ludzie wierzący, jeśli są prawdziwi katolicy z przekonania, to mogą promieniować zaledwie we własnym szczupłym kręgu. Nie mają możliwości zmienienia nie tyle samej linii Służby Zdrowia teoretycznie bardzo szlachetnej, ile jej realizacji. Żeby przynajmniej oficjalna Służba Zdrowia zapewniała przewlekle chorym po domach dostateczne starania o ich ciała. Niestety teoretycznie to tylko istnieje. Z ramienia P.C.K. chodzą do chorych siostry Cz. K., chodzą pomocnice domowe z ramienia Komitetu Opieki Społecznej a naprawdę wyszkolone tzw. pielęgniarki środowiskowe mają całe morze innych zadań do spełnienia w czym gubi się właściwa pielęgnacja. Nie lekceważę wcale wysiłków Państwa, ale tu właśnie jakże często spełniają się słowa psalmu: „Jeżeli domu Pan nie zbuduje, darmo się trudzą jego budowniczy”. Bo tym wszystkim osobom, przeznaczonym do opieki nad przewlekle chorym i starym człowiekiem, nikt ani na kursach P.C.K. ani w szkołach pielęgniarskich nie daje podstaw religijnych, przy samej rozbudowie tzw. deontologii zawodowej. Muszę dodać opierając się na doświadczeniu z Krakowa, że pielęgniarstwo parafialne wyprzedziło te punkty opieki Czerwonego Krzyża, a ilość chorych wymagających naszej opieki wcale nie zmalała. I dodać trzeba jeszcze, że P.C.K. bierze chorych pod opiekę na pewien okres czasu, nie do końca, nie do śmierci. A więc co robić z przewlekle chorymi? To jest naprawdę smutno charakterystyczne dla czysto laickiej działalności. Tymczasem my pielęgnujemy chorych całymi latami. Wielu bardzo przez rok 1, przez 3 lata, przez 5 lat a mamy i takich chorych, których pielęgnujemy 10 lat. Raczej samo przez się jest zrozumiałe, że pielęgnowanie chorego człowieka z ramienia Kościoła nie może ograniczyć się do samych zabiegów pielęgniarskich, tylko musi mieć charakter apostolski. Oparłyśmy się tutaj od początku na słowach papieża Piusa XII z Encykliki „O Mistycznym Ciele”, „Duszpasterstwo chorych leży nie tylko w rękach kapłanów ale wszystkich co sprawują miłosierdzie wobec chorych.” O sprawach tego apostolatu mówią również wszystkie dokumenty soborowe /które nam ks. Kanonik tak wnikliwie przedstawił/.

Pielęgniarka Polska Rok VIII. Maj-Czerwiec 1936 N r 12 . s. 217-226.

Hanna Chrzanowska

Miłosierdzie Skargi

Skarga PPolDobiegamy do kresu roku, który we wspaniałych uroczystościach, wielu akademiach i w licznych publikacjach uczcił jednego z największych Polaków, księdza Piotra Skargę, obchodząc czterechsetlecie jego narodzin.

Z całym społeczeństwem wielbimy w Skardze nauczyciela narodu i państwa, strażnika władzy królewskiej, jedności wyznaniowej, obrońcę uciśnionych, krzewiciela kultury na kresach, znakomitego kaznodzieję, pisarza i stylistę. Czcimy w nim również organizatora instytucyj społecznych i dobroczynnych, które zajmowały w jego rozległej działalności miejsce, jeśli nie naczelne, to i nie poślednie. Sądzę, że rzeczą nie tylko zajmującą, pożyteczną, ale wprost dla nas, pielęgniarek — krzepiącą będzie poznanie tych czynów Skargi, które sprawiają, że pielęgniarki mają do czci dla niego szczególny powód i prawo.

Myśl i czyn miłosierny przewijają się przez całe życie Skargi. Gdziekolwiek przebywa: we Lwowie, w Wilnie, Krakowie czy Warszawie, tam nie tylko zachęca do miłosiernych uczynków, ale i sam je pełni. Już w zaraniu swej działalności kaznodziejskiej, we Lwowie, chodzi do szpitala, gdzie własnoręcznie pielęgnuje i opatruje chorych, odwiedza więzienia i skazańcom towarzyszy nawet na rusztowanie. W Wilnie z jego to inicjatywy powstają zaczątki bractw, które potem rozkwitnąć miały w Krakowie.[1]

Pod organizacje dobroczynne i społeczne położył Skarga kamień węgielny myśli i uczuć, które wyraził w trzech Kazaniach o Miłosierdziu, wygłoszonych w Krakowie, w kościele św. Barbary. Nie będziemy ich tu streszczać, nasunęłoby to zbyt wiele zagadnień z dziedziny zarówno religijnej, jak i społecznej, przekraczających nasze zamierzenia; wyjmiemy z nich jedynie myśli dla nas tu najważniejsze.

Co to jest miłosierdzie, ta cnota, bez której wiara jest „jako drzewo bez owocu, nadzieja — jako najemnik bez roboty, miłość — jako matka bez dzieci, modlitwa — jako ptaki bez skrzydeł? “ Miłosierdzie jest to „serdeczne i rozumne wzruszenie i użalenie nad nędzą ludzką abo z wolą samą, abo z uczynkiem do poratowania gotowe i zaraz dzielne".

Pielęgniarka Polska Rok II. Maj-Czerwiec 1930 N r 5 - 6 . s. 28-32

Hanna Chrzanowska

O odwiedzinach w rodzinie gruźliczej

Zadaniem pielęgniarki społecznej podczas odwiedzin domowych w rodzinie gruźliczej jest roztoczenie opieki higjeniczno-społecznej nad chorym na gruźlicę oraz jego otoczeniem. W związku z tem pielęgniarka musi zorjentować się w warunkach mieszkaniowych i materjalnych powierzonych sobie środowisk i zaznajomić się z psychologją chorego i jego otoczenia, gdyż tylko wówczas może nakreślić sobie plan pracy na terenie rodziny.

Z tych wymagań, które stawia sobie każda pielęgniarka, przestępująca próg mieszkania powierzonej sobie rodziny, wynika niebezpieczeństwo mechanizacji i szablonu wywiadu. Tego niebezpieczeństwa musi się pielęgniarka wystrzegać, jak ognia. Szablon w odwiedzinach domowych godzi w najistotniejsze ich cele: pozyskanie zaufania, niemal przyjaźni rodziny, a co za tem idzie — wpojenie jej zasad higjeny, zrozumienia zaraźliwości gruźlicy i możności zapobiegania zakażeniu.

Dlatego niesłychanie ważny jest pierwszy wywiad. Nie powinien on być „wywiadem” w ścisłem tego słowa znaczeniu, t. j. zebraniem informacyj o rodzinie, mieszkaniu, zarobkach i t. d. Powinien być raczej zaznajomieniem się z rodziną, zadzierzgnięciem pierwszych węzłów porozumienia się między środowiskiem a pielęgniarką społeczną.

Twórczy umysł i duch Hanny Chrzanowskiej ujawniły się w jej młodości również w pisaniu wierszy, a następnie, napisanymi pod pseudonimem literackim: Agnieszka Osiecka, trzema powieściami: Niebieski klucz (1934), Krzyż na piaskach (1938) i Płonący śnieg. Poniżej prezentujemy kilka wybranych fragmentów i wierszy z powieści: Krzyż na piaskach.

Agnieszka Osiecka [pseud. Hanny Chrzanowskiej], Krzyż na piaskach. Powieść, Warszawa 1939.

*

Modliłam się tylekroć. W kościołach pełnych, wśród krążenia wiernych, wśród szelestu nóg. I w kościołach pustych, przed lampką czerwoną. (Marzyło mi się nie dalej jak dziś o świcie: oby moje serce było jak lampka czerwona… Myśl zuchwała, myśl-pokusa! Gdzież mojemu sercu do lampki wieczystej!)

…Modliłam się tylekroć: niech wywiodę z siebie, niech na światło dzienne wyrzucę piwniczne, podziemne, kłębiące się łodygi.

Nie brakowało mi ani jednego odcienia grzechu w tej wielkiej, trudnej spowiedzi, pierwszej po kilkunastu latach. Gdzie był trud? W myśli, że ona musi nastąpić. W gotowaniu aktu samooskarżenia. W wyłuskiwaniu z zakamarków pamięci coraz to nowych przewin.

Dalej już trudno nie było. Rada bym była olbrzymiemu trudowi. Rada bym była tarciu włosienicy: taką, zdawało mi się, byłaby właściwa pokuta.

Pokuta była inna: zrównanie się ze wszystkimi, co klęczeli przede mną i po mnie. Nie wyróżnienie gniotącą karą – mnie, której zwidywała się jakaś Canossa…

Łaska oderwała winy. Odpadły jak suche gałęzie pod naporem wichru. Po tej spowiedzi przestałam myśleć o dymie przeszłości. Orla moc: ego te absolvo a peccatis tuis i skrucha łamiąca, skrucha budująca, triumfalna – wyparły duszący dym. Lecz wrócił – zrazu odległy swąd, potem trujące groźne kłęby.

Wówczas w półmroku konfesjonału zaświtała rada:

- Spełniłaś obowiązek. Wyznałaś grzechy. Chrystus odjął ci je. Biłaś się w piersi i z mocną wolą niegrzeszenia więcej ufnie patrzysz przed siebie. Teraz wolno ci po ludzku obejrzeć i zrozumieć twą przeszłość; nie męcz się dłużej ucieczką od niej. Ilekroć weźmiesz pióro do ręki, Duchowi Świętemu poleć swoją duszę. Nie bój się. On nie dopuści, aby rozpamiętywanie zamieniło się w grzech. A kiedy skończysz, idź tam, na twoje piaski i klęknij pod drewnianym krzyżem. (s. 5-7)

 *

Lecz nie powiedziane jest: czekajcie, a doczekacie się, czekajcie z założonymi rękami, póki nieznana siła nie złoży ich do modlitwy. W boskich słowach nie ma bezwładu, ani marzącego drzemania!

„Szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a będzie wam otworzono”.

Kołaczmy oburącz! Jak zemdleją ręce, czołem tłuczmy w święte podwoje! A będą nam otworzone! (s. 22-23)

 *

Ja też, mój Boże, pamiętaj! Sypałam ci kiedyś kwiatki! Będę Ci Boże, sypała do końca moich dni szczodrze, całymi garściami, całe naręcza kwiatów! Daj, bym nigdy nie była pusta, by nie przejrzało dno! A jeśli pod nogi padnie Ci wyrwany ze mnie chwast…. Nie pogardź chwastem wyrwanym! (s. 40)

*

Z chmur kłębowiska

Na sosny spadł, na wrzosowiska

Gwiaździsty śnieg.

Wszędzie znajdując w lot gościnę,

Każdą usłał polankę i każdą ścieżynę,

Mocno uczepił się gałęzi,

Wspiął się i na pniach legł –

Aż usnął las cały w puszystej uwięzi…

 (s. 56-57)

*

Bo oto, Boże mój, uczyniłam tak niewiele! Oddałam Ci wolę i serce. A Tyś mnie za to obsypał hojnymi dary. Rozwiązałeś mi mowę. Do, zdawało się, zatrzaśniętych na wieki wrót piękna dałeś mi klucz niebieski. Pozwalasz mi w swoim świetle oczy sycić kształtami, barwami, uszy pieścić słowami, dźwiękami. Jestem jak ta oto pajęczyna, zatopiona w błękicie. (s. 246)

*

Nie wiem ile, mój Boże,

Gotujesz mi jeszcze czasu.

Może nie pójdę do lasu,

Do lasu sosnowego,

Może mnie nie dobiegą

Podniebne dzwonki skowrończe?

Modlitwy tej nie skończę,

Na ziemi nie ujrzę słońca,

Bo dzisiejszy deszcz może

Nie będzie miał dla mnie końca?

A może mi jeszcze gotujesz

Lat długie, długie szeregi,

Aż włosy moje osnuje

Biel jako pierwsze śniegi?

Modlitwa Twego Syna

„Niech wola Twoja się stanie”

Nie gardź, że we mnie, Panie,

Cichą się prośbą nagina:

Niech ręka śmierci nie zatrze

Ostrości mego spojrzenia,

Niechaj z radością patrzę

W grające Twoje przestrzenie!

Niech umierając nie płaczę

Bólem ludzkim zgarbiona,

Że nigdy już nie zobaczę,

Jak ruń się śmieje zielona!

Pochwalon bądź na Twej tęczy

I pośród woni łubinu –

Wielkością Twoją dźwięczy

Chór ptaków i serafinów!

(s. 252-253)

 *

Na pustym polu stary krzyż

Z bezmiaru piasków tryska wzwyż

W niebo – –

Gdzie wbiły się jarzące oczy,

Zanim ich śmierci dech nie omroczył,

W niebo – gdzie runął boski krzyk,

Najboleśniejsza z ludzkich skarg – –

– Na pustym polu, na rozstaju

Jak żywe drzewo w ziemię wniknął

Omszały krzyż – –

O słowa, słowa zbawiające!

– Dziś jeszcze ze mną będziesz w raju –

Szept z siniejących zaschłych warg – –

– – I zaćmiło się słońce – –

Święty Boże!!

Na pustym polu stary krzyż,

Krzyż wrosły w ziemię, jakby miał korzenie.

Tę ziemię zbracza co dzień krwią,

Użyźnia krwią, zasiewa krwią –

Aż wschodzi winograd i zboże.

(s. 259)

NDIGCZAS013705 1929 004W Jagiellońskiej Bibliotece Cyfrowej zostały zdigitalizowane i udostępnione on-line numery czasopisma "Pielęgniarka Polska", którego współtwórczynią, współwydawcą, redaktorem i autorem niektórych artykułów była Sł. B. Hanna Chrzanowska. Poniżej zamieszczamy adres dostępu do cyfrowej wersji czasopisma "Pielęgniarka Polska" w zasobach JBC. Zapraszamy do lektury!

https://jbc.bj.uj.edu.pl/dlibra/publication/312033#structure

/ Tygodnik Powszechny (1976) nr 4, s. 5. /

Hanna Chrzanowska

Pacjenci domowi[1]

Zamieszczony poniżej materiał pochodzi z przygotowywanych obecnie do druku papierów pośmiertnych Hanny Chrzanowskiej. O autorce pisaliśmy z powodu jej śmierci (25/1973), ona sama publikowała w „Tygodniku” również (40/1967). Tekst, jaki drukujemy obecnie, to zapiski związane z opieką nad chorymi. Tej sprawie poświęciła Autorka swoje życie, przygotowała też zespół ludzi, który kontynuuje jej dzieło. Zapiski przez nią pozostawione są wyrazem potrzeby utrwalenia piękna, jakie umiała zawsze dostrzec w każdym człowieku, piękna odkrywanego tam, gdzie nie zwykło się go zauważać.

Któregoś przedpołudnia wpadła do kancelarii w mojej Szkole przerażona, zdyszana uczenniczka. Była na praktyce pielęgniarstwa domowego. Jej obecność o tej porze w szkole po prostu zdumiała mnie.

- Ja nie wiem, co mam robić, pani Grasicka ciągle śpi i śpi. Nic się nie rusza. Ja się boję. A nasza pani instruktorka gdzieś lata po innych chorych. I co ja zrobię?

Co prawda to ja się tak znowu bardzo nie bałam: na pewno p. Grasicka po prostu zaśpiła się według swego zwyczaju nadmiarem leków. Ale jak nie współczuć przerażeniu tego dziecka, dla którego opieka nad chorym w domu, bez stałego oparcia o lekarzy i pielęgniarki jest czymś niekiedy nad siły?

Hanna Chrzanowska[i]

Świat nie jest pusty[1]

Na swoim biurku w redakcji zastałem list w niebieskiej, „urzędowej” kopercie. W środku dwie stronice maszynopisu i dołączona kartka:

Jestem pielęgniarką. Od dawna doszłyśmy do wniosku, że zamknięte zakłady lecznicze nie wszystkie sprawy są w stanie załatwić. Że nie załatwia ich ani „Caritas”, ani żadne inne stowarzyszenie charytatywne. A one przecież muszą być załatwione. O jakie sprawy chodzi – wyjaśni tekst, który załączam. To nie jest „literatura”. Ręczę osobiście, że wszystkie podane w nim fakty są dosłownie prawdziwe. Jest to zresztą tylko niewielki ułamek, dwie karty pielęgniarskiego notatnika. Proszę zrobić z nimi, co uzna Pan za stosowne. Jeśli Redakcja zdecyduje się opublikować je – proszę nie podawać mojego nazwiska. To naprawdę zupełnie niepotrzebne. Proszę tylko dodać, że akcja „otwartego pielęgniarstwa” rozwija się i że znalazła już oparcie (także finansowe) w jednej z krakowskich parafii.[2]

Nie wiem do kogo kierować by należało te kartki: do znudzonych, do narzekających, do sytych i zabezpieczonych – czy może prościej: do ludzi. Ale to już brzmi zbyt drętwo. Gdyby przypadkiem zainteresowały kogoś te sprawy – będzie Pan wiedział, do kogo kierować zainteresowanych…

a oto dosłowna treść załączonych „kartek z notatnika:

*

„Mąż alkoholik. Żona po operacji mózgu. Objęłyśmy opiekę, kiedy się wydawało, że już jest w agonii. Bezwład całkowity, nieprzytomna, odleżyny ogromne. Odchuchaliśmy. Obecnie trochę chodzi, mówi bełkotliwie, ale jest całkowicie przytomna, zadowolona z życia. Mąż ją kocha i dba o nią. Mają wychowankę. Dziecko było z początku bardzo trudne. zadbano o jej odzież, wychowanie – pielęgniarka razem z inną pracownicą służby zdrowia, sąsiadką. Obecnie dziewczyna jest już prawie dorosła, dba o matkę, dobra gospodarna”.

 Tak, tylu jest nieszczęśników, którzy mogą wołać „nie mam człowieka”, jak ów paralityk z Betsaidy. Owa niegdyś śliczna kobieta, dziś zdeformowana przez reumatyzm, krzywdzona przez męża. Ta nieszczęśnica w podwórku, od której sąsiedzi uciekają, albo każą sobie płacić za każde wiadro wody…

Ale naprawdę – jest mnóstwo ludzi dobrych. I to właśnie nieszczęście – choroba – wyzwala, niejednokrotnie konkretyzuje – dobroć.

Nie myślmy tylko o walce ze złem. Być może, że zło jest bardziej frapujące – nie tylko jako literacki temat. Trzeba o nim mówić, a nawet krzyczeć. Ale czy o dobroci też nie należy krzyczeć? O dobroci zrodzonej przez nieszczęście, wysnuwanej z miłości, dzień po dniu.

To, co opisałam, to chyba nie jarmarczne kolory. Ja to widzę w kolorze płomienia![1]

*

 „Pielęgnując chorego, niosąc mu ulgę, umożliwiamy "ludzkie życie" całemu człowiekowi. Zmniejszając udrękę cielesną, wyzwalamy myśl, wyzwalamy ducha spętanego cielesnymi więzami.”[2]

*

„W 1960 roku pielęgniarstwo parafialne zakorzeniło się także w Warszawie dzięki przyjaźni Hanny Chrzanowskiej z Teresą Strzembosz, a następnie w innych diecezjach. Rok później Hanna mówiła do sióstr szarytek w Warszawie:

Długie lata byłam instruktorką, dyrektorką. Kierowałam, rządziłam, egzaminowałam. Co za radość na stare lata dorwać się do chorych: myć, szorować, otrząsać pchły. Prostota, zwyczajność zabiegów – to najważniejsze dla chorego. Wycofać siebie, puścić się na szerokie wody miłości, nie z zaciśniętymi zębami, nie dla umartwiania, nie dla przymusu, nie traktować chorego jak drabiny do nieba. Chyba tylko wtedy, kiedy jesteśmy wolne od siebie, naprawdę służymy Chrystusowi w chorych.”[3]

 *

 Jedna cecha wspólna da się zauważyć [u chorych], a mianowicie skoncentrowanie się na własnych potrzebach, wyobcowanie się ze świata. Występuje to w większym lub mniejszym stopniu, czasem przyjmuje postać właśnie przykrą. Temu nie można się dziwić, tym bardziej nie można się oburzać. Trzeba to przyjąć jako zrozumiałe zjawisko. Troszkę sobie wyobraźmy – troszeńkę, bo całkowite wczucie się w chorego dla nas zdrowych jest wręcz niemożliwe, co by z nami było, gdybyśmy stanęli, a raczej położyli się na ich miejscu. (…) Odwrotnie, zamiast mieć do nich pretensje, trzeba się dziwić, że są tylko tak wymagający, tylko tak niecierpliwi (…).

Czyn, bardzo prosty czyn, to może być bardzo wiele. Kiedyś pewna kobieta podczas odwiedzin ciężko chorej robotnicy chorej na raka, po prostu umyła jej nogi. Nazajutrz chora powiedziała jej bardzo poważnie, z wielkim namysłem: Pani mi wczoraj umyła nogi. W nocy myślałam sobie tak: Pan Jezus robił to samo.” (…)[4]

  *

Nie można mówić choremu: „Jesteś szczęśliwy, że cierpisz, Pan Jezus cię kocha i dlatego cierpisz.” Pewnie, że to prawda, ale to do chorego nie trafia, nawet może stać się jakąś przegrodą od Boga. Może trafić do pewnych ludzi, ale nie jako szablon, a o to tutaj chodzi. Na podstawie wypowiedzi naszych chorych i naszych doświadczeń możemy stwierdzić, że w większości wypadków najlepiej na pytanie: „dlaczego? po co ?” – odpowiedzieć po prostu, że to tajemnica Boża, tak samo jak tajemnicą Bożą jest męka Chrystusa. To jest przecież prawda. Chory zbuntowany, oczekujący dyskusji na ten temat, jakiś naładowany wewnętrznie argumentami, wobec takiego stanowiska milknie, jakoś się uspokaja, nabiera zaufania. I to jest podłoże, na którym z czasem wyrośnie dalsza prawda, ta pełna prawda, która wyswobodzi, wyzwoli chorego. A przecież chorym tak bardzo potrzeba wolności. Nie zmieni się ich niewola cielesna, ale opadną, a przynajmniej rozluźnią się więzy duchowe. My w ten sposób torujemy drogę kapłanowi.[5]

*

[Hanna Chrzanowska do studentów – wolontariuszy pielęgniarstwa parafialnego]

„Nie chodzi tylko o przyniesienie wiadra węgla czy robienie zakupów – to podstawa. Nie musicie też pomagać wszystkim. Jeśli jednak pójdziecie już do kogoś i obdarzycie go przyjaźnią i troską, nie wolno wam zawieść jego oczekiwań lub zostawić bez słowa wyjaśnienia. Bierzecie wówczas odpowiedzialność za skrzywdzenie człowieka, który cierpi podwójnie.”[6]

*

 Pielęgniarka syta, wyspana, wypoczęta, dużo więcej zdziała niż słaniająca się bohater-męczennica. (…) Typ osób, które w samozachwycie chwalą się: Nie miałam rano czasu ani chwili na pierwszy posiłek, a obiad jadłam około piątej – taki typ wcale nie zasługuje na podziw. Świadczy to o nieumiejętności gospodarowania zarówno czasem, jak i własnymi siłami.[7]

*

Czytam Konstytucję Dogmatyczną i serce mi skacze z radości. Teraz dopiero rozumiem słowa Księdza Kardynała kiedyś powiedziane do mnie na pożegnanie: Chciałbym, żebyśmy byli jedno. To, i udział laikatu w kapłaństwie otwiera perspektywy bez końca.”[8]

[Z listu do kard. Karola Wojtyły, 26 VII 1967]

*

 Dziwna rzecz, że ludzie nawet bardzo wierzący w życie przyszłe, wcale się do niego nie wyrywają. Dziwna rzecz? Może nie, bo życie jest tak wspaniałym darem, że się go wyrzec nie chcemy, przecież do życia, nie do śmierci, stworzył Pan Bóg pierwszego człowieka (…).

Są osoby, które czują się w obowiązku wskazać na niebo jako pociechę po stracie kogoś bliskiego. Ale chociaż opuszczony przez zmarłego wie – wierzy raczej negatywnie: „On już nie cierpi” i to jest pociecha. To można powiedzieć: „przestał cierpieć. Lecz czy to pokrywa się z rzeczywistością wiary i nadziei? Czy życie przyszłe zbawionych to tylko radosna negacja uścisków doczesnego życia? „Tam nie będzie głodu, ani wojny, ani chorób” – Nie! nie! nie! Postarajmy się dać choremu i jego bliskim podjęcie wielkiego „Tak”. Jakie ma być to „tak”? „Ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało.” Twarzą w twarz oglądać Boga.[9]

[Z notatek H.Ch.]

 


[1] Pacjenci domowi, Tygodnik Powszechny (1976) nr 4, s. 5.

[2] Radość dawania. Hanna Chrzanowska we wspomnieniach, listach, anegdotach, oprac. Marzena Florkowska, Kraków 2010, s. 180.

[3] Radość dawania…, s. 174.

[4] Radość dawania…, s. 175.

[5] Radość dawania…, s. 176.

[6] Radość dawania…, s. 200.

[7] Radość dawania…, s. 256.

[8] Radość dawania…, s. 261.

[9] Radość dawania…, s. 272.

Początek strony