Tak, tylu jest nieszczęśników, którzy mogą wołać „nie mam człowieka”, jak ów paralityk z Betsaidy. Owa niegdyś śliczna kobieta, dziś zdeformowana przez reumatyzm, krzywdzona przez męża. Ta nieszczęśnica w podwórku, od której sąsiedzi uciekają, albo każą sobie płacić za każde wiadro wody…

Ale naprawdę – jest mnóstwo ludzi dobrych. I to właśnie nieszczęście – choroba – wyzwala, niejednokrotnie konkretyzuje – dobroć.

Nie myślmy tylko o walce ze złem. Być może, że zło jest bardziej frapujące – nie tylko jako literacki temat. Trzeba o nim mówić, a nawet krzyczeć. Ale czy o dobroci też nie należy krzyczeć? O dobroci zrodzonej przez nieszczęście, wysnuwanej z miłości, dzień po dniu.

To, co opisałam, to chyba nie jarmarczne kolory. Ja to widzę w kolorze płomienia![1]

*

 „Pielęgnując chorego, niosąc mu ulgę, umożliwiamy "ludzkie życie" całemu człowiekowi. Zmniejszając udrękę cielesną, wyzwalamy myśl, wyzwalamy ducha spętanego cielesnymi więzami.”[2]

*

„W 1960 roku pielęgniarstwo parafialne zakorzeniło się także w Warszawie dzięki przyjaźni Hanny Chrzanowskiej z Teresą Strzembosz, a następnie w innych diecezjach. Rok później Hanna mówiła do sióstr szarytek w Warszawie:

Długie lata byłam instruktorką, dyrektorką. Kierowałam, rządziłam, egzaminowałam. Co za radość na stare lata dorwać się do chorych: myć, szorować, otrząsać pchły. Prostota, zwyczajność zabiegów – to najważniejsze dla chorego. Wycofać siebie, puścić się na szerokie wody miłości, nie z zaciśniętymi zębami, nie dla umartwiania, nie dla przymusu, nie traktować chorego jak drabiny do nieba. Chyba tylko wtedy, kiedy jesteśmy wolne od siebie, naprawdę służymy Chrystusowi w chorych.”[3]

 *

 Jedna cecha wspólna da się zauważyć [u chorych], a mianowicie skoncentrowanie się na własnych potrzebach, wyobcowanie się ze świata. Występuje to w większym lub mniejszym stopniu, czasem przyjmuje postać właśnie przykrą. Temu nie można się dziwić, tym bardziej nie można się oburzać. Trzeba to przyjąć jako zrozumiałe zjawisko. Troszkę sobie wyobraźmy – troszeńkę, bo całkowite wczucie się w chorego dla nas zdrowych jest wręcz niemożliwe, co by z nami było, gdybyśmy stanęli, a raczej położyli się na ich miejscu. (…) Odwrotnie, zamiast mieć do nich pretensje, trzeba się dziwić, że są tylko tak wymagający, tylko tak niecierpliwi (…).

Czyn, bardzo prosty czyn, to może być bardzo wiele. Kiedyś pewna kobieta podczas odwiedzin ciężko chorej robotnicy chorej na raka, po prostu umyła jej nogi. Nazajutrz chora powiedziała jej bardzo poważnie, z wielkim namysłem: Pani mi wczoraj umyła nogi. W nocy myślałam sobie tak: Pan Jezus robił to samo.” (…)[4]

  *

Nie można mówić choremu: „Jesteś szczęśliwy, że cierpisz, Pan Jezus cię kocha i dlatego cierpisz.” Pewnie, że to prawda, ale to do chorego nie trafia, nawet może stać się jakąś przegrodą od Boga. Może trafić do pewnych ludzi, ale nie jako szablon, a o to tutaj chodzi. Na podstawie wypowiedzi naszych chorych i naszych doświadczeń możemy stwierdzić, że w większości wypadków najlepiej na pytanie: „dlaczego? po co ?” – odpowiedzieć po prostu, że to tajemnica Boża, tak samo jak tajemnicą Bożą jest męka Chrystusa. To jest przecież prawda. Chory zbuntowany, oczekujący dyskusji na ten temat, jakiś naładowany wewnętrznie argumentami, wobec takiego stanowiska milknie, jakoś się uspokaja, nabiera zaufania. I to jest podłoże, na którym z czasem wyrośnie dalsza prawda, ta pełna prawda, która wyswobodzi, wyzwoli chorego. A przecież chorym tak bardzo potrzeba wolności. Nie zmieni się ich niewola cielesna, ale opadną, a przynajmniej rozluźnią się więzy duchowe. My w ten sposób torujemy drogę kapłanowi.[5]

*

[Hanna Chrzanowska do studentów – wolontariuszy pielęgniarstwa parafialnego]

„Nie chodzi tylko o przyniesienie wiadra węgla czy robienie zakupów – to podstawa. Nie musicie też pomagać wszystkim. Jeśli jednak pójdziecie już do kogoś i obdarzycie go przyjaźnią i troską, nie wolno wam zawieść jego oczekiwań lub zostawić bez słowa wyjaśnienia. Bierzecie wówczas odpowiedzialność za skrzywdzenie człowieka, który cierpi podwójnie.”[6]

*

 Pielęgniarka syta, wyspana, wypoczęta, dużo więcej zdziała niż słaniająca się bohater-męczennica. (…) Typ osób, które w samozachwycie chwalą się: Nie miałam rano czasu ani chwili na pierwszy posiłek, a obiad jadłam około piątej – taki typ wcale nie zasługuje na podziw. Świadczy to o nieumiejętności gospodarowania zarówno czasem, jak i własnymi siłami.[7]

*

Czytam Konstytucję Dogmatyczną i serce mi skacze z radości. Teraz dopiero rozumiem słowa Księdza Kardynała kiedyś powiedziane do mnie na pożegnanie: Chciałbym, żebyśmy byli jedno. To, i udział laikatu w kapłaństwie otwiera perspektywy bez końca.”[8]

[Z listu do kard. Karola Wojtyły, 26 VII 1967]

*

 Dziwna rzecz, że ludzie nawet bardzo wierzący w życie przyszłe, wcale się do niego nie wyrywają. Dziwna rzecz? Może nie, bo życie jest tak wspaniałym darem, że się go wyrzec nie chcemy, przecież do życia, nie do śmierci, stworzył Pan Bóg pierwszego człowieka (…).

Są osoby, które czują się w obowiązku wskazać na niebo jako pociechę po stracie kogoś bliskiego. Ale chociaż opuszczony przez zmarłego wie – wierzy raczej negatywnie: „On już nie cierpi” i to jest pociecha. To można powiedzieć: „przestał cierpieć. Lecz czy to pokrywa się z rzeczywistością wiary i nadziei? Czy życie przyszłe zbawionych to tylko radosna negacja uścisków doczesnego życia? „Tam nie będzie głodu, ani wojny, ani chorób” – Nie! nie! nie! Postarajmy się dać choremu i jego bliskim podjęcie wielkiego „Tak”. Jakie ma być to „tak”? „Ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało.” Twarzą w twarz oglądać Boga.[9]

[Z notatek H.Ch.]

 


[1] Pacjenci domowi, Tygodnik Powszechny (1976) nr 4, s. 5.

[2] Radość dawania. Hanna Chrzanowska we wspomnieniach, listach, anegdotach, oprac. Marzena Florkowska, Kraków 2010, s. 180.

[3] Radość dawania…, s. 174.

[4] Radość dawania…, s. 175.

[5] Radość dawania…, s. 176.

[6] Radość dawania…, s. 200.

[7] Radość dawania…, s. 256.

[8] Radość dawania…, s. 261.

[9] Radość dawania…, s. 272.

Początek strony