Hanna Chrzanowska[i]

Świat nie jest pusty[1]

Na swoim biurku w redakcji zastałem list w niebieskiej, „urzędowej” kopercie. W środku dwie stronice maszynopisu i dołączona kartka:

Jestem pielęgniarką. Od dawna doszłyśmy do wniosku, że zamknięte zakłady lecznicze nie wszystkie sprawy są w stanie załatwić. Że nie załatwia ich ani „Caritas”, ani żadne inne stowarzyszenie charytatywne. A one przecież muszą być załatwione. O jakie sprawy chodzi – wyjaśni tekst, który załączam. To nie jest „literatura”. Ręczę osobiście, że wszystkie podane w nim fakty są dosłownie prawdziwe. Jest to zresztą tylko niewielki ułamek, dwie karty pielęgniarskiego notatnika. Proszę zrobić z nimi, co uzna Pan za stosowne. Jeśli Redakcja zdecyduje się opublikować je – proszę nie podawać mojego nazwiska. To naprawdę zupełnie niepotrzebne. Proszę tylko dodać, że akcja „otwartego pielęgniarstwa” rozwija się i że znalazła już oparcie (także finansowe) w jednej z krakowskich parafii.[2]

Nie wiem do kogo kierować by należało te kartki: do znudzonych, do narzekających, do sytych i zabezpieczonych – czy może prościej: do ludzi. Ale to już brzmi zbyt drętwo. Gdyby przypadkiem zainteresowały kogoś te sprawy – będzie Pan wiedział, do kogo kierować zainteresowanych…

a oto dosłowna treść załączonych „kartek z notatnika:

*

„Mąż alkoholik. Żona po operacji mózgu. Objęłyśmy opiekę, kiedy się wydawało, że już jest w agonii. Bezwład całkowity, nieprzytomna, odleżyny ogromne. Odchuchaliśmy. Obecnie trochę chodzi, mówi bełkotliwie, ale jest całkowicie przytomna, zadowolona z życia. Mąż ją kocha i dba o nią. Mają wychowankę. Dziecko było z początku bardzo trudne. zadbano o jej odzież, wychowanie – pielęgniarka razem z inną pracownicą służby zdrowia, sąsiadką. Obecnie dziewczyna jest już prawie dorosła, dba o matkę, dobra gospodarna”.

*

„Matka nieślubna na klinice położniczej. Dzieckiem zajmować się nie chce. Otaczamy ją opieką po wypisaniu; ponieważ nie ma warunków pozwalających na powrót z dzieckiem do domu – to ostatnie umieszczamy w Domu Małego Dziecka (bo w Domu Matki i Dziecka przyjęcia chwilowo wstrzymane: kwarantanna). Ale sprawa najważniejsza – rozbudzenie w matce uczuć macierzyńskich. Młodziutka pielęgniareczka co dzień prowadzi ją do Zakładu, aby karmiła dziecko. Po kilku dniach matka chodzi już sama „nie można jej odgonić”. Ojciec znany. Ta sama pielęgniarka skłania go (z trudem), aby zobaczył się z matką dziecka. Nie ma gdzie – więc cała trójka spotyka się gdzieś na ulicy. Wodzą się długo. Po paru dniach ojciec oświadcza: „nie wiem, do cholery, co się stało, ale ta pani (tzn. pielęgniarka) tak mnie opętała, że chyba się ożenię”. Trudności, brak papierów dla urzędu stanu cywilnego – wszystko przezwyciężone. Ale brak spodni dla pana młodego. Wytrzaskujemy spodnie. W końcu triumf: ślub – oczywiście za darmo, bo oboje nie mają pieniędzy – w kościele oświetlonym a giorno”.

*

„Psychicznie chora w ciemnej norze bez okna, dziury w podłodze, rozwalone graty, kopcący piecyk, barłóg zasłany łachami. Wchodzimy – nic nie widać przez dym, tylko rzuca się na nas pies. Po chwili dostrzegamy na barłogu stwora z włosami na jeża, z twarzą dosłownie czarną od brudu. Cała w strupach. Jedyne ogrzewanie zimą – to pies na barłogu. Chora co jakiś czas żywiona „przez ludzi”, rodziny nie ma, tylko brata poza Krakowem, który o siostrę nie dba. Tak całymi miesiącami. Pielęgniarka znalazła ją przypadkiem. Przenosimy do zakładu. Umiera w krótkim czasie. Było już za późno”.

*

„Wzywają nas do sześćdziesięcioletniej chorej. Kuchnia z alkową. W alkowie na wyboistej kanapie siedzi kobieta z rozpuszczonymi włosami, w płaszczu czarnym na gołe ciało. Dosłownie zasypana śmieciami. Wywlekamy ją do kuchni, zaczynamy zamiatać. Wymiatamy worek śmieci, ubity na twardo: obierzyny, kwiaty, szmaty, pióra, sznurki, papiery, skorupy. Oczywiście zostawiamy część „skarbów”, aby kobiety nie „krzywdzić”. Jest sierpień. W styczniu chora miała wypadek na ulicy, potłuczona, nie wróciła do swojego samotnego mieszkania, tylko „zaszła do znajomych” i tam osiadła. Dosłownie osiadła, bo kanapka była zbyt wąska i wyboista, aby można było leżeć. Przy tym ściana w alkowie zasłaniałaby leżącej widok na świat – kuchnię i okno. Więc stale siedziała. Nogi już nie jak kłody, ale jak konwie. Od kwietnia nie była myta. Z początku wstawała, ale od jakiegoś czasu stan serca się pogorszył, więc nie może. Załatwia się do puszki od konserw. Raz na dzień jakaś litościwa dusza przynosi jej jeść. Lokatorzy nie mają czasu, zresztą teraz ich nie ma, wyjechali. Jest łazienka w tym mieszkaniu, napuszczamy wody. Woda po chwili jak błoto. Do zakładu kobieta nie chce iść. Pielęgnujemy ją do stycznia – w końcu jednak mróz zmusza ją do zgody. W zakładzie po paru dniach nogi zupełnie wydobrzały”.

*

„Do zamkniętego zakładu leczniczego nigdy nie namawiamy forsownie. Ale czasem, wyjątkowo, musimy forsować. Mróz 12 stopni. Szopa w jakimś zakamarku na Podgórzu, nie opalana. Znowu barłóg, brudy, gałgany, głód. Chora, około 40 lat. Psychoza i ciężki reumatyzm. Piszemy podanie klęcząc na podłodze, oparłszy się o jakąś deskę; nie ma stołu ani stolika. Atak na pewien zakład zakonny. Przedstawiamy, co i jak. Że mróz, że chora się zanieczyszcza. To nas zgubiło: „taka młoda, to ileż ona prześcieradeł zużyje!” Przerażone taką „Caritas”, ale nie chcąc naszej chorej gotować dodatkowych przykrości, zaciskamy zęby i pertraktujemy dalej. Może jednak… Ale nic z tego. Na szczęście w innym, również – na szczęście! – zakonnym zakładzie przyjęcie ludzkie, serdeczne. Ale po jakimś czasie, gdy odwiedzamy chorą – zasada unikania zakładów pogłębia się w nas. Chora bywa niespokojna, krzyczy, nie może leżeć na dużej Sali, a separatek nie ma. Jest tylko sześcioosobowa salka dla umierających. I tam nasza chora co dzień patrzy, jak umierają. Siostry zakonne temu nie winne – cóż innego mogły zrobić? A my?”

*

Matka nieślubna jakoś donosiła ciążę, ale jeszcze nic straconego: kiedy dostała bólów porodowych, otwarła okno na mróz i rodzi stojąc; niech się dziecko zaziębi i potłucze, przecież nie powinno żyć. Jakoś ją tak zastają sąsiedzi, wszczynają alarm. Na klinice jeszcze nie rezygnuje, strąca dziecko z łóżka. Ale i to nie pomaga. Dziecko żyje. Odłączamy je od matki.”

*

„Pielęgniarka wchodzi do pokoiku zarośniętego brudem i pajęczynami. Krzyk: „proszę ich szukać pod łóżkiem!” Pielęgniarka zagląda pod łóżko – siedzą tam gołębie. To jedyna pociecha czterdziestoletniego samotnika, ciężko chorego na serce, z nogami jak kłody. Chory żarty przez muchy – najważniejsza sprawa, to rozwieszenie lepów. Brud i głód. Myjemy, znosimy leki. Chory jest dobry, łagodny. Kiedyś zastajemy trupa, gaz był odkręcony. Chory nie chodził. Więc może jakiś amator na mieszkanie? A może jakaś dalsza rodzina – aby zagarnąć jakąś tam chudobę?”

*

Chora lat około 50, nieuleczalne schorzenie neurologiczne. Wiadomo, że nigdy nie wstanie. Mąż czeka na jej śmierć. Syn, student politechniki: „ty cholero, powinnaś wstawać”. Drugi też nie lepszy. Chora leży w ciemnej kuchni, mimo że w mieszkaniu jest słoneczny pokój. Cierpi bardziej psychicznie, niż fizycznie. Nic nie można zrobić. Na szczęście – dostaje zapalenia płuc i umiera.

*

„Nikt z całej ogromnej parafii nie umiał zorganizować opieki. Pielęgniarki zastały chorą, około 40 lat, dawną nauczycielkę, stale siedzącą na krześle. Nieuleczalnie chora. Bezwładna. Kręgosłup wygięty w pałąk. Nogi (potworne obrzęki!) szeroko rozstawione Ręce zwisają do tyłu, palce niemal pochowane w poduchach spuchniętych dłoni. Podana naprzód – nie wali się tylko dzięki desce położonej na poręczach dwu krzeseł, a którą oparta jest brodą. Oczywiście na brodzie odleżyny. Rękoma nie włada. Siostra daje jej pić przed pójściem do pracy i kładzie chleb w zasięgu ust na desce. Jeśli chora będzie niezgrabna i strąci go – musi patrzeć na chleb do wieczora. Siostra może przyjść dopiero wieczorem. Na podłodze odchody. Potem wizyta pielęgniarki co dzień w południe. Mycie, karmienie, nacieranie. Wygoiłyśmy wszystkie odleżyny i przez dwa lata naszej pielęgnacji chora ich już nie miała. Układanie bez końca chorych kończyn, aby było „wygodnie”. I rozmowa, której chora jest tak spragniona. Cieszy się, bywa nawet wesoła, nawet dowcipna. W łóżku leży tylko w niedzielę, kiedy siostra ma czas, kiedy może ją pielęgnować stale. Gdy przyszła śmierć, przez kilka godzin agonii dwie osoby musiały ją trzymać, aby nie upadła na nos. Z całej siły, rozkrzyżowaną za ramiona. Rozprostowała się dopiero po śmierci.”

*

Tak. to rzeczywiście nie jest „literatura”. Do tych urywków niczego się już dodać nie da.

Chcę się pokłonić, bardzo nisko pokłonić nieznajomym kobietom z akcji „otwartego pielęgniarstwa”. Odważyły się udowadniać, że jednak świat nie jest pusty. To więcej, naprawdę o wiele więcej, niż przypuszczają.

Ich anonimową relację powierzam drukarskiej farbie. Adresuję ją zwyczajnie: do ludzi.
I wiem, że w tym kontekście adres ten nie będzie drętwy.

                                                                                   T.Ż.

 


[1] Tekst nadesłany przez Hannę Chrzanowską w 1957 r. do redakcji Tygodnika Powszechnego, aby uświadomić wielką potrzebę funkcjonowania pielęgniarstwa domowego/parafialnego oraz skalę cierpienia ludzi chorych chronicznie, pozostających w swych domach w ciężkich warunkach, najczęściej samotnych. Opublikowany przez T. Żychiewicza (autorka chciała pozostać anonimową).

[2] Chodzi o Parafię Wniebowzięcia NMP – Mariacką i jej proboszcza ks. Ferdynanda Machaya, który zgodził się udzielać stałego wsparcia, w tym finansowego, dziełu Hanny Chrzanowskiej.

 


[i] Tekst pochodzi z: Tygodnik Powszechny (1957) nr 42, s. 1.

Początek strony