/ Tygodnik Powszechny (1976) nr 4, s. 5. /

Hanna Chrzanowska

Pacjenci domowi[1]

Zamieszczony poniżej materiał pochodzi z przygotowywanych obecnie do druku papierów pośmiertnych Hanny Chrzanowskiej. O autorce pisaliśmy z powodu jej śmierci (25/1973), ona sama publikowała w „Tygodniku” również (40/1967). Tekst, jaki drukujemy obecnie, to zapiski związane z opieką nad chorymi. Tej sprawie poświęciła Autorka swoje życie, przygotowała też zespół ludzi, który kontynuuje jej dzieło. Zapiski przez nią pozostawione są wyrazem potrzeby utrwalenia piękna, jakie umiała zawsze dostrzec w każdym człowieku, piękna odkrywanego tam, gdzie nie zwykło się go zauważać.

Któregoś przedpołudnia wpadła do kancelarii w mojej Szkole przerażona, zdyszana uczenniczka. Była na praktyce pielęgniarstwa domowego. Jej obecność o tej porze w szkole po prostu zdumiała mnie.

- Ja nie wiem, co mam robić, pani Grasicka ciągle śpi i śpi. Nic się nie rusza. Ja się boję. A nasza pani instruktorka gdzieś lata po innych chorych. I co ja zrobię?

Co prawda to ja się tak znowu bardzo nie bałam: na pewno p. Grasicka po prostu zaśpiła się według swego zwyczaju nadmiarem leków. Ale jak nie współczuć przerażeniu tego dziecka, dla którego opieka nad chorym w domu, bez stałego oparcia o lekarzy i pielęgniarki jest czymś niekiedy nad siły?

Jedziemy więc razem na Kazimierz na ul. Ciemną. Wieczorem trudno bez strachu byłoby się w nią zapuścić można nawet i mnie, mimo moich siwiejących włosów i tylu lat włóczęgi po takich właśnie zakamarkach. Dostać łomem można i w siwą głowę. No ale jest dzień. Brama, schody takie, jak przystało na Ciemną ulicę. Wejście do izby wprost ze chodów. Piec obstawiony wiadrami; na ławie znany mi bardzo dobrze granatowy dzbanek do moczenia kikuta pani Grasickiej. Przed kilku laty po pijanemu wpadła pod pociąg i nie ma stopy i lewej ręki. Między oknami radio, dziś milczące. Trzy wyrka – jedno naszej chorej, drugie sublokatorki, coraz to innej i trzecie, „na którym nikt nie sypia, takie zapasowe”, jak z naciskiem niejednokrotnie zapewniała Grasicka. Na podłodze, niedawno szorowanej, porozrzucane wielkie arkusze papieru – trzeba przyznać, że mieszkanie jest zazwyczaj czyste, bo stara pijaczka nie byle jak komenderuje z łóżka swymi zmiennymi lokatorami. Naprawdę mam do tych kątów rodzaj przywiązania. Znam je zresztą już od lat. Od drzwi spostrzegam, że łóżko chorej jest puste. Ona sama – blada, rozdziana zwisa z tapczanu naprzeciw – tu zawędrowała idąc widać nieprzytomnie. Zimna, sztywna, otwiera nieprzytomnie oczy i gada coś, ze umiera. Wiem, ze nie umiera. Zbliżając się do niej – włażę w coś… Aj, te wszystkie papiery są często zanieczyszczone – teraz tłumaczy się tą wędrówką nieprzytomnej. Myjemy, zmieniamy bieliznę, taszczymy, okreywamy. Przelewa się nam przez ręce. Tętno marne, ale chora nie chce pić cardiamidu. – To ja jestem, to pani Chrzanowska. A ze mną nie ma żartów. Musi pani wypić. Pije i pyta: Gdzie jest pani Chrzanowska? – Tu jestem przecież – lubię ją bardzo, dlatego mówię łagodnie, serdecznie, nie tylko dlatego, że to chora. Łypnęła okiem zawsze chytrym, choć dziś przymglonym. – To nie pani Chrzanowska – i zasnęła.

Małe zapuchłe oczka, niskie czoło, tępy nos, ziemista cera, gęsta, rozczochrana czupryna. Moja mała bandażuje zawsze zziębnięte kikuty, a ja ostrożnie zwijam i zbieram te papiery…

Nad łóżkiem chorej sześć obrazków. Matka Boska Nieustającej Pomocy, cztery Matki Boskie Częstochowskie i straszliwie wylalkowana Matka Boska Karmiąca Solaria – taka przecież ładna w swoim geście i zieleni płaszcza, w Wielkiej Galerii Luwru w dalekim Paryżu. Matka Boska tu właśnie, w tej spelunce. Jakich modlitw wysłuchuje Advocata nostra, co z nich może przekazać Synowi? Jakie są modlitwy starej pijaczki? Co się w niej dzieje? Tylko pijatyki, po których skrzętnie chowa się flaszki, żeby panie pielęgniarki nie widziały? Czy tylko pijatyki? Kim jest ta Grasicka? Poza tym, że jest naszą chorą, przedmiotem naszych starań, naszej troski – od tylu lat? Nie wiem, czy ją skrzywdzi podejrzenie, że się utrzymuje po prostu z wynajmowania kątów na rozpustę.

Jest kaleką, a ta druga ręka wykazuje reumatyzm. Wszystko jedno.

A to jest przecież moja siostra. Dlaczego? Bo Bóg dał do rozwiązania równania pozornie tylko skomplikowane, pozornie tylko zjeżone niewiadomymi. Pod iksy tego równania trzeba tylko podstawić słowa Boga samego: „…byłem chory i nawiedziliście mnie”, i „ktokolwiek poda szklankę wody w imię moje”. Co prostszego? A zarazem o co łatwiej, jak o stawianie między głosem Boga a własnym uchem całego aparatu megafonów, które sprawiają, że głos ten dochodzi do nas przełamany, zmieniony, zależny od tego czy raczymy, czy nie raczymy pocisnąć odpowiedni guziczek? Mozę też słuchamy jednym uchem, robiąc tysiąc innych rzeczy? Czytając głupie książki albo pisząc listy? Dźwięki brzęczą jak daleki wtór i w końcu ktoś wpada w desperację: krzyczy – a może my same krzyczymy: po co ta muzyka, przeszkadza nam – i czym prędzej zamykamy aparat.

Tyle nas jest, starych i młodych, nie wiedzących, nie czujących. Dlatego tyle z nas załamuje się pod ciężarem chorych i klnie w zaduchu sal i z furią zdziera drogie podeszwy w biegu na ulicach na te głupie zastrzyki. Dlatego skarżymy się: „…już dłużej nie mogę!” i „żadnej za to wdzięczności”, „a cóż za psi zawód!” Albo gorzej: wcale nie dźwigamy, wcale nie biegamy, tylko wyszukujemy jak najlżejsze prace, albo tak zwane prace mądre, oho, przy lekarzu – a jak się to skończy – kurzymy papierosy, albo robimy swetry w dyżurce. Bo na Sali niby spokój. A chorzy daremnie czekają na nas.

I niewiele jest takich, co przejrzały i wiedzą – co to jest właściwie ten nasz zawód.

Spytacie: Jaką mam legitymację, żeby pisać? Z jakiego tytułu? I jakim prawem?

Legitymacja: pielęgniarska, jak każdej z was. Tytuł taki: był czas, że – chociaż zawsze naprawdę lubiłam ten zawód, to właściwie nie rozumiałam go nic, nie tylko mniej niż każda z was, ale nic. Jakim prawem? Poczciwy papier na szczęście o prawo nie pyta.

*

W rogu wielkiego pokoju pod czerwoną kołdrą, najczęściej nie obleczoną, leżała przez wiele lat na szerokim, starodawnym łożu 60-letnia kobieta, sparaliżowana, nic nie mówiąca, bez kontaktu z otoczeniem. Może i nie cierpiała.

W przeciwległym rogu stała kanapka przykryta jakimś starym futrem, kocykami i różnymi gazetami: gdyż z chorą mieszkał pewien pan emeryt – i tam właśnie od lat sypiał. Pielęgnował chorą własnymi metodami – podkładał pod nią całe stosy arkuszy papieru, które w razie potrzeby – a te zdarzały się co chwila – zmieniał, a brudne moczył i suszył. Nie pomagały prośby, aby je palił, ani obietnice dostarczenia mu ile chcieć „Przekrojów” i „Przyjaciółek” – dzienniki rozdzierały się w wilgoci, Ale miał swoje dziwactwo: „Wolę to prać”. Trudno. Chora nie miała nigdy najmniejszej odleżyny. Zawdzięczała to zapewne i temu , że była przez nas co dzień myta – ale przede wszystkim swojemu pielęgniarzowi. To trwało nie dni, nie miesiące, ale lata. Od tej nieszczęsnej postaci o bezbarwnej twarzy i oczach bez wyrazu przeniosłam wzrok na portret młodej, pięknej kobiety, wiszący obok. Tak, to właśnie ona przed czterdziestu laty. – Ja się w niej kochałem, ale wyszła za mąż za mojego przyjaciela. On już nie żyje. Więc ja się tu przeniosłem po prostu.

Po prostu…

Pamiętam takie fragmenciki jak drobne przejaśnienia wśród chmur. Prowadziłam rozmowę z takim sobie dziwakiem, od którego nigdy nie można było wyjść, kiedy się chciało – bo bez końca, w kółko to samo opowiadał: dawne dzieje, aktualne pretensje, zapiekłe żale… Drzwi zagraconej izdebki otworzyły się cicho i stanęła w nich kobieta z dymiącym garnuszkiem w ręku. Przyniosła drugie śniadanie. Ale jakie śniadanie! Widziało się i czuło, jak smacznie przyrządzone. (Och! A ja zwykle głodna byłam jak wilk!) A nade wszystko podane było z uśmiechem czarującym, jakimś zakłopotanym, dyskretnym.

-To dozorczyni. Ona mi co dzień to przynosi. Tak sama z siebie. Co dzień. sama z siebie.

*

Przez dwa zimowe miesiące miałyśmy zaszczyt pielęgnować we dwie na zmianę – panią Józefę. Tak, zaszczyt. Była wdową po ogniomistrzu, którego wielki portret wisiał naprzeciw jej łóżka. Pani Józefa pochodziła ze wsi – stąd jej twarda prostota, z którą powitała mnie pierwszego dnia. Oświadczyła, że ma raka. „To może się ciągnąć jeszcze parę miesięcy. Boli jeszcze mało, ale już bardzo trudno wygramolić się z łóżka”. NA onkologii już jej nie chcieli. Powiedzieli, że mogą wysłać do szpitala gdzieś na prowincję, ale nie chciała… „I Staszek też nie chciał. To mój syn. I pasierbowie nie chcieli. Niech tu umieram.”

Staszek-student, pasierbowie, ich żony, sąsiadki, siostra ze wsi – odmieniali słowo rak na wszystkie przypadki przy chorej, jakby się mówiło o czyraku. Och, te wszystkie zasłony niedomówienia, zapewnienia, że to nie to, ależ skąd, to przecież zupełnie co innego – w tylu niemal wszystkich środowiskach!

Pani Józefa ze spokojem w swoich czarnych oczach mówiła, że – Mam raka i umrę jak Pan Bóg zechce. Wkrótce musiała dodać, że: - Będę cierpieć, póki Pan Bóg zechce.

Jeszcze później, kiedy cierpiała straszliwie: „Jak to jeszcze długo? Niechby mnie już Pan Bóg zabrał”!

Cierpiała nie tylko z powodu choroby. Drżała o przyszłość słabowitego syna. Bolał ją bałagan w domu, na który nic nie mogła poradzić – ona, niedawno niezrównana gospodyni. Lecz jej cudowna, trzeźwa dzielność trwała do końca. A póki mogła, żartowała, przedrzeźniała się ze Staszkiem, równie dowcipnym jak matka.

Pozostanie w domu pociągało niemałe trudności. Mieszkał z nią tylko Staszek, student, i jego kolega. Żadnej kobiety. A ta pielęgnacja stawała się coraz bardziej skomplikowana. Wkrótce biegałyśmy tam już dwa razy dziennie, rano i późnym wieczorem i pozostawałyśmy coraz dłużej. To nie wystarczało. I wówczas wybuchnęła wokół chorej mobilizacja dobroci. Zapewne, dobroć syna, to rzecz powinna matce. Tu jednak było coś więcej. Bardzo wątły i bardzo niepraktyczny chłopak przeskakiwał samego siebie. Latał na wykłady, kuł, zdawał egzaminy y – zawzięcie pielęgnował matkę.

Do niektórych zabiegów konieczne były przynajmniej dwie osoby, do układania cztery, a najlepiej pięć, żeby oszczędzić chorej dodatkowych cierpień. Rano punktualnie zjawiali się pasierbowie. Jeden pracował po południu, ale drugi musiał się zwalniać i stracony czas odrabiać wieczorami. Godzinami siadywała przy łóżku staruszka, matka dozorczyni, a nade wszystko nieoceniona była dozorczyni sama, pani Zosia. Rosła, silna, uśmiechnięta, niezmiernie pojętna, niesłychanie szybka – iskra nie kobieta. Co miało tę złą stronę, że kiedyś, biorąc swoje tempo, spadła z oblodzonych schodów i srodze się potłukła, a zaraz szpetnie się poparzyła wrzątkiem – zarabiała praniem po nocach. Więc po kilka dni jej się nie widywało, ale po przerwie zjawiała się znowu, rześka, mocna, mądra. „Możesz mnie pani wypukać zawsze, w dzień i w nocy – ja miałabym pani Józi nie pomóc?” A pani Józia oświadczała rzeczowo: „Jakem była zdrowa, to też byłam dla ludzi.” Całe to bractwo było karne, pracowało jak na komendę. Bez czułostkowości, bez niepotrzebnej gadaniny. Byle ulżyć. Gotowi by tak harować do wiosny, o której mówiła chora, i do jesieni i dłużej, ale pani Józefa zmarła w zimowe popołudnie. Kiedy leżała już pięknie przyodziana z różańcem w rękach, pani Zosia podbiegła do mnie szybko, po swojemu. Powiedziała: „Bardzo dobrze mi się z panią pracowało”. Nauczyłyśmy się nie przejmować pochwałami. Ale tę zachowuję w pamięci z wdzięczności dla pani Zosi, jej matki, dla Staszka, jego braci i kolegi, i nade wszystko dla samej zmarłej.

*

…Samotny starzec nie kładzie się nigdy. Siedzi w poprzek na łóżku ze spuszczonymi nogami, bo tylko w takiej pozycji mniej cierpi. Jest ogromny, bezwładny, ciężki i pot kroplisty spływa z pielęgniarki, która go oporządza. Pielęgniarka zjawia się co dzień na godzinę, dwie. Pewnie, że to ważne, bo porządki są gruntowne i bez nich nieszczęśnik dawno by nie żył. Lecz reszta godzin? Otóż mieszka z nim pani Brońcia. Mała, pogodna, cicha, zręczna. To nie żadna „odwieczna sługa” z noweli. Jest przy chorym zwyczajnie, zaledwie od kilku lat. Stary pan ani słyszeć nie chce o przeniesieniu się do zakładu. Nie chce tego i pani Brońcia. On kieruje się zdrowym instynktem: musi wietrzyć, musi palić światło kiedy chce, przywykł do samotności, do swojej swobody, chce być niezależny do końca życia. Pani Brońcia mówi tylko: tutaj panu lepiej. Jest niepojęcie cierpliwa, choć czasem wzdycha do własnego mieszkania, które na nią czeka. Służy w każdej chwili, w dzień i w nocy, tylko że sił jej ciągle ubywa i skarży się na serce bijące już – osiemdziesiąt lat.

*

…Nauczycielka, zaharowana pracą w szkole, straciła ukochanego ojca. Podczas jego wieloletnich, ciężkich niedomagań nauczyła się arkanów pielęgnacji. Teraz podczas ferii świątecznych zgłasza się sama, aby zupełnie bezinteresownie wyręczać to córki, to żony przy obsłudze chronicznie chorych. Poświęciła pewnej paralityczce miesiąc letnich wakacji. Cały miesiąc. Powiada: to przecież proste.

*

…Młody człowiek całkowicie unieruchomiony. Bóle nieustanne. Rodzice najtroskliwsi, ale i oni i brat – pół dnia poza domem. A chory nie mógł być sam. W swym bezwładzie, w niepojętym dla kogoś zdrowego usztywnieniu, mimo swej łagodności, słodyczy płynącej z jego charakteru, ale z pewnością wspieranej przez łaskę stanu choroby – bał się, okrutnie bał się samotności. Więc nie był sam. Różni ludzie, starzy i młodzi zorganizowali plan odwiedzin z precyzją przestrzeganą latami. Co prawda chłopak był tak ujmujący przez swój uśmiech, cierpliwość, umiejętność rozmowy, szerokość myśli, że to jemu należy się podzięka. Tak mówią wszyscy do tej pory, chociaż minęło już kilka lat od jego śmierci.

*

„…A iż cię nie opuszczę aż do śmierci”. Jakże często dane mi było oglądać spełnienie przyrzeczenia sprzed kilkudziesięciu lat! Siła uczciwości wobec raz przyjętego zobowiązania, niczym nie zwyciężona miłość starych ludzi – na pewno gdzieś wysoko zadośćczyni za tych wielu młodych, sprzeniewierzających się tej samej przysiędze.

On ledwo widział, ale chodził koło żony umiejętnie, nie tylko czule. Ona była cichutka, czasem – z rzadka popłakiwała. Stary pan pilnował jej codziennej przechadzki po pokoju: „Moja Maryniu, przecież się trzymamy, jeszcze tylko do drzwi, a teraz do stołu, tylko się nie garb i podnoś wyżej nogi – może jeszcze raz?”

Niedowidząc mył naczynia, sprzątał. Nawiasem powiedziawszy, lubił gawędzić. Kiedyś – a znałam ich już od dłuższego czasu – zaczął się zastanawiać nad źródłosłowem czyjegoś nazwiska. Jakby błyskawica rozdarła moją pamięć. Zerwałam się na równe nogi: „Panie profesorze, to pan mnie uczył w czwartej gimnazjalnej”! Jak mogłam go nie rozpoznać? Już wówczas, przed tylu laty nosił czarne okulary! Potem kiedyś powiedział: „Wie pani, co było najmilsze? Że pani rozpoznawszy mnie wstała jak uczennica w ławce”! Ofiarował mi „Księgę Psalmów” w tłumaczeniu Staffa, wówczas nie do nabycia. Po mieszkaniu poruszał się swobodnie, tak samo po ulicy w pobliżu domu. Ale nie dostrzegł zasadzki, potknął się na rozkopanym chodniku i wpadł w rów głową naprzód. Nazajutrz twarz miał jak maska sinokrwawa, głowę, ręce – w opatrunkach.

- Czy pani wie, jaki Bóg dobry?

Zaniemówiłam. Po czym zaczęłam bełkotać: „…Tak, wiadomo. Ale czemu w tym wypadku?”

- Bo kiedy mnie opatrywali na pogotowiu, w to wszystko bez końca trwało, wciąż się modliłem, żeby się Marynia nie bała, żeby nie była sama! No i proszę pomyśleć! Wracam i zastaję tę panią z sąsiedztwa, która siedziała przy niej przez te całe trzy godziny!

Głos drżał mu uniesieniem, jak głos psalmisty: „…wielbić będę Pana każdego czasu”.

*

…Jakież bywają próby! zmęczenie, wstręt. Pokusa ucieczki. Jeśli się tym próbom i pokusom ktoś oprze i wyjdzie z nich nawet ze skazą – cóż za zwycięstwo!

W jednym pokoju otępiała staruszka i młoda robotnica. Żadna krewna. Dziewczyna zrywa się co dzień o piątej, aby zdążyć do pracy. „Myję jędzunię wieczorem, czy chce czy nie chce. Rano ledwo mam czas przygotować jej kawę w termosie i chleb pokroić i nasmarować i diabli mnie biorą, jak ona jeszcze narzeka. W nocy nie da mi okna otworzyć, a zaduch. Czasem całe noce potrafi mruczeć „Serdeczna Matko”, jakby Matce Najświętszej takie coś było potrzebne. To jestem jak kołowata. Już powiadam sobie, że rzucę jędzunię i pójdę do koleżanki, choć byłabym tam czwartą na kupie. Ale co? Żal mi. Też żal, jak na nią krzyczę. Już taka jestem – jak nie dośpię, tom zła. Co? Ona chora umysłowo? Chciałabym być tak zdrowa! Rozmyślnie chowa łachy po kątach, a potem mówi, żem ja wzięła. Nawet bym się brzydziła… No i mam dwa dni na Wielkanoc. Chcę wyjechać do mamusi. Przygotuję jędzuni na święta kawał kury, będzie miała. Odgrzeje sobie na elektryce, bo gazu mogłaby nie zakręcić, zresztą do kuchni nie zalezie. Upiekę ciasto. Ta pani z naprzeciwka zajrzy w pierwsze święto, ale na drugie i ona wyjeżdża. To mnie cholera trzepie, bo jakże zostawić samą tę jędzę? Muszę wracać! Co mamusia powie? Wścieknę się czy co?”.

Na szczęście nie pękła nazbyt już napięta struna dobrej woli: udało się zdobyć zastępstwo.

*

Tak, tylu jest nieszczęśników, którzy mogą wołać „nie mam człowieka”, jak ów paralityk z Betsaidy. Owa niegdyś śliczna kobieta, dziś zdeformowana przez reumatyzm, krzywdzona przez męża. Ta nieszczęśnica w podwórku, od której sąsiedzi uciekają, albo każą sobie płacić za każde wiadro wody…

Ale naprawdę – jest mnóstwo ludzi dobrych. I to właśnie nieszczęście – choroba – wyzwala, niejednokrotnie konkretyzuje – dobroć.

Nie myślmy tylko o walce ze złem. Być może, że zło jest bardziej frapujące – nie tylko jako literacki temat. Trzeba o nim mówić, a nawet krzyczeć. Ale czy o dobroci też nie należy krzyczeć? O dobroci zrodzonej przez nieszczęście, wysnuwanej z miłości, dzień po dniu.

To, co opisałam, to chyba nie jarmarczne kolory. Ja to widzę w kolorze płomienia!

HANNA CHRZANOWSKA

 


[1] Tekst ukazał się już po śmierci Hanny Chrzanowskiej; przygotowany z jej zapisków: Tygodnik Powszechny (1976) nr 4, s. 5.

Początek strony