Twórczy umysł i duch Hanny Chrzanowskiej ujawniły się w jej młodości również w pisaniu wierszy, a następnie, napisanymi pod pseudonimem literackim: Agnieszka Osiecka, trzema powieściami: Niebieski klucz (1934), Krzyż na piaskach (1938) i Płonący śnieg. Poniżej prezentujemy kilka wybranych fragmentów i wierszy z powieści: Krzyż na piaskach.

Agnieszka Osiecka [pseud. Hanny Chrzanowskiej], Krzyż na piaskach. Powieść, Warszawa 1939.

*

Modliłam się tylekroć. W kościołach pełnych, wśród krążenia wiernych, wśród szelestu nóg. I w kościołach pustych, przed lampką czerwoną. (Marzyło mi się nie dalej jak dziś o świcie: oby moje serce było jak lampka czerwona… Myśl zuchwała, myśl-pokusa! Gdzież mojemu sercu do lampki wieczystej!)

…Modliłam się tylekroć: niech wywiodę z siebie, niech na światło dzienne wyrzucę piwniczne, podziemne, kłębiące się łodygi.

Nie brakowało mi ani jednego odcienia grzechu w tej wielkiej, trudnej spowiedzi, pierwszej po kilkunastu latach. Gdzie był trud? W myśli, że ona musi nastąpić. W gotowaniu aktu samooskarżenia. W wyłuskiwaniu z zakamarków pamięci coraz to nowych przewin.

Dalej już trudno nie było. Rada bym była olbrzymiemu trudowi. Rada bym była tarciu włosienicy: taką, zdawało mi się, byłaby właściwa pokuta.

Pokuta była inna: zrównanie się ze wszystkimi, co klęczeli przede mną i po mnie. Nie wyróżnienie gniotącą karą – mnie, której zwidywała się jakaś Canossa…

Łaska oderwała winy. Odpadły jak suche gałęzie pod naporem wichru. Po tej spowiedzi przestałam myśleć o dymie przeszłości. Orla moc: ego te absolvo a peccatis tuis i skrucha łamiąca, skrucha budująca, triumfalna – wyparły duszący dym. Lecz wrócił – zrazu odległy swąd, potem trujące groźne kłęby.

Wówczas w półmroku konfesjonału zaświtała rada:

- Spełniłaś obowiązek. Wyznałaś grzechy. Chrystus odjął ci je. Biłaś się w piersi i z mocną wolą niegrzeszenia więcej ufnie patrzysz przed siebie. Teraz wolno ci po ludzku obejrzeć i zrozumieć twą przeszłość; nie męcz się dłużej ucieczką od niej. Ilekroć weźmiesz pióro do ręki, Duchowi Świętemu poleć swoją duszę. Nie bój się. On nie dopuści, aby rozpamiętywanie zamieniło się w grzech. A kiedy skończysz, idź tam, na twoje piaski i klęknij pod drewnianym krzyżem. (s. 5-7)

 *

Lecz nie powiedziane jest: czekajcie, a doczekacie się, czekajcie z założonymi rękami, póki nieznana siła nie złoży ich do modlitwy. W boskich słowach nie ma bezwładu, ani marzącego drzemania!

„Szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a będzie wam otworzono”.

Kołaczmy oburącz! Jak zemdleją ręce, czołem tłuczmy w święte podwoje! A będą nam otworzone! (s. 22-23)

 *

Ja też, mój Boże, pamiętaj! Sypałam ci kiedyś kwiatki! Będę Ci Boże, sypała do końca moich dni szczodrze, całymi garściami, całe naręcza kwiatów! Daj, bym nigdy nie była pusta, by nie przejrzało dno! A jeśli pod nogi padnie Ci wyrwany ze mnie chwast…. Nie pogardź chwastem wyrwanym! (s. 40)

*

Z chmur kłębowiska

Na sosny spadł, na wrzosowiska

Gwiaździsty śnieg.

Wszędzie znajdując w lot gościnę,

Każdą usłał polankę i każdą ścieżynę,

Mocno uczepił się gałęzi,

Wspiął się i na pniach legł –

Aż usnął las cały w puszystej uwięzi…

 (s. 56-57)

*

Bo oto, Boże mój, uczyniłam tak niewiele! Oddałam Ci wolę i serce. A Tyś mnie za to obsypał hojnymi dary. Rozwiązałeś mi mowę. Do, zdawało się, zatrzaśniętych na wieki wrót piękna dałeś mi klucz niebieski. Pozwalasz mi w swoim świetle oczy sycić kształtami, barwami, uszy pieścić słowami, dźwiękami. Jestem jak ta oto pajęczyna, zatopiona w błękicie. (s. 246)

*

Nie wiem ile, mój Boże,

Gotujesz mi jeszcze czasu.

Może nie pójdę do lasu,

Do lasu sosnowego,

Może mnie nie dobiegą

Podniebne dzwonki skowrończe?

Modlitwy tej nie skończę,

Na ziemi nie ujrzę słońca,

Bo dzisiejszy deszcz może

Nie będzie miał dla mnie końca?

A może mi jeszcze gotujesz

Lat długie, długie szeregi,

Aż włosy moje osnuje

Biel jako pierwsze śniegi?

Modlitwa Twego Syna

„Niech wola Twoja się stanie”

Nie gardź, że we mnie, Panie,

Cichą się prośbą nagina:

Niech ręka śmierci nie zatrze

Ostrości mego spojrzenia,

Niechaj z radością patrzę

W grające Twoje przestrzenie!

Niech umierając nie płaczę

Bólem ludzkim zgarbiona,

Że nigdy już nie zobaczę,

Jak ruń się śmieje zielona!

Pochwalon bądź na Twej tęczy

I pośród woni łubinu –

Wielkością Twoją dźwięczy

Chór ptaków i serafinów!

(s. 252-253)

 *

Na pustym polu stary krzyż

Z bezmiaru piasków tryska wzwyż

W niebo – –

Gdzie wbiły się jarzące oczy,

Zanim ich śmierci dech nie omroczył,

W niebo – gdzie runął boski krzyk,

Najboleśniejsza z ludzkich skarg – –

– Na pustym polu, na rozstaju

Jak żywe drzewo w ziemię wniknął

Omszały krzyż – –

O słowa, słowa zbawiające!

– Dziś jeszcze ze mną będziesz w raju –

Szept z siniejących zaschłych warg – –

– – I zaćmiło się słońce – –

Święty Boże!!

Na pustym polu stary krzyż,

Krzyż wrosły w ziemię, jakby miał korzenie.

Tę ziemię zbracza co dzień krwią,

Użyźnia krwią, zasiewa krwią –

Aż wschodzi winograd i zboże.

(s. 259)

Początek strony