Referat Hanny Chrzanowskiej wygłoszony dnia 14.II.1973 r. w Warszawie.[i]

Apostolstwo świeckich w opiece nad chorymi.

 Reprezentuję parafialną opiekę nad chorymi – pielęgniarstwo parafialne wchodzące w skład Duszpasterstwa Chorych Metropolii Krakowskiej.

To co powiem – powiem w imieniu tzw. stałych Parafialnych Opiekunek Chorych świeckich i zakonnych na podstawie naszego, blisko 16 letniego już doświadczenia. U podstaw koncepcji naszej pracy od samego początku leżał motyw religijny. Pomoc w niesieniu krzyża chorym a w nich Chrystusowi. Nie mogło być inaczej, bo przecież to powstało jako praca kościelna. Od początku starałyśmy się opierać naszą pracę o karty Ewangelii, gdzie tyle jest mowy o stosunku Chrystusa do chorych. Przezwyciężając moc trudności dopięłyśmy zorganizowania naszej pracy w większości parafii samego Krakowa i szeregu miejscowości w diecezji. zrobiona niedawno statystyka do końca 1971 r. wykazała 2,625 osób, które przeszły przez naszą opiekę. Może się to wydawać mało, ale w tę statystykę wchodzą ci chorzy, którzy byli pielęgnowani na samym początku. A na samym początku było kilkanaście osób a nie blisko 600 jak to jest obecnie w Krakowie. Nie zrobiłyśmy jeszcze statystyki obejmującej rok 1972, dlatego, że to jest praca bardzo żmudna a w hierarchii ważności naszej pracy musimy to odłożyć na drugi plan. Gdyż statystykę robimy bardzo dokładnie i uczciwie a nie byle jak, aby zbyć.

Obowiązuje nas regulamin stałych Parafialnych Opiekunek Chorych. Wymienię tutaj pokrótce zasady tego regulaminu a więc naszej pracy: Opiekunka Chorych, czyli pielęgniarka jest pracownicą parafialną zaangażowaną i opłacaną przez ks. proboszcza. To opłacanie wynika z jej obowiązków, których wykonanie wymaga pełnego czasu zatrudnienia i to ją odróżnia od innych pracowników parafialnych, a w skład których ściśle wchodzi, ale nic nie odejmuje aspektu jej pracy charytatywnej. Opiekunka obejmuje z ramienia ks. proboszcza przede wszystkim chorych przewlekle i ludzi starych, takich ludzi chorych przewlekle jak reumatycy, paralitycy, rakowaci, właściwie takich, jakich dotykała dłoń Chrystusa. A więc wszystkich chorych, którzy specjalnie wymagają opieki pielęgnacyjnej. Pielęgniarstwo parafialne /druga zasada/, nie jest tylko pielęgniarstwem ubogich. Kryterium przyjmowania nie jest stan materialny ale rzeczywista potrzeba pielęgnacji. Nie jest tez pielęgnowaniem ludzi samotnych czy osamotnionych. Chory może mieć rodzinę nawet mieszkającą razem z nim, ale pracują po za domem albo też niedołężną, albo też taką, która nie ma pojęcia o pielęgnacji. Opiekunki parafialne nie pełnią dyżurów 8 godzinnych, ani dyżurów nocnych tylko przebywają u chorego tak długo jak tego wymaga zrobienie pielęgnacyjnych zabiegów. I stąd też każda może mieć dziennie 6 chorych przeciętnie, a ogół przypadający na każdą siostrę jest dużo większy, bo nie wszyscy wymagają codziennej pielęgnacji, ale pielęgnacji systematycznej. Chorzy są przyjmowani pod opiekę bez względu na ich przekonania i polityczne i religijne i bez względu na stan moralny środowiska. Opiekunkami chorych są albo kwalifikowane pielęgniarki, albo też osoby przyuczone na 3 miesięcznych kursach organizowanych co roku przez Wydział dla Spraw Zakonów Żeńskich Kurii Metropolitalnej. Dzięki temu nie tylko umieją pielęgnować ale umieją też przeprowadzać rozeznanie społeczne co im pozwala na orientację i rozstrzyganie czy i w jakim wymiarze należy chorych pielęgnować. Przeważnie są to siostry zakonne i przez to niektóre zgromadzenia realizują swoje powołanie. Trzeba powiedzieć, ze współpraca między nami pielęgniarkami świeckimi a zakonnicami (które są w większości), układa się bardzo dobrze, można powiedzieć doskonale. Kwestia tego, że z ramienia parafii przychodzą do chorego siostry zakonne podnosi autorytet habitu. Habit budzi zaufanie, chorzy są przekonani, że opieka jaką zakonnice nad nimi roztoczą będzie naprawdę solidną. Oczywiście, że zachodzi tutaj pewne niebezpieczeństwo a mianowicie niebezpieczeństwo instytucjonalizmu, ale nam nie chodzi o to aby zespół pielęgniarek parafialnych był jedynym zespołem zajmującym się chorymi. Wprost przeciwnie, ogniskujemy koło siebie i cały szereg ugrupowań z laikatu, pomocniczych i o niesłychanie wartościowym apostolstwie. Poza tym mobilizujemy pomoc sąsiedzką. Jeżeli np. ktoś do mnie telefonuje z pretensją, że sąsiedzi zajmują się chorym, dlaczego tam nie idzie siostra? a dlaczego nie ma iść sąsiad? jeśli może. My nie staramy się wcale ujmować obowiązków miłości bliźniego czy to od rodzin, czy od innych szerszych kręgów. Wiemy wszyscy, że laicyzacja ogarnia Polskę coraz szerzej i państwowa Służba Zdrowia nie jest tu wyjątkiem. Jeśli wśród jej personelu są ludzie wierzący, jeśli są prawdziwi katolicy z przekonania, to mogą promieniować zaledwie we własnym szczupłym kręgu. Nie mają możliwości zmienienia nie tyle samej linii Służby Zdrowia teoretycznie bardzo szlachetnej, ile jej realizacji. Żeby przynajmniej oficjalna Służba Zdrowia zapewniała przewlekle chorym po domach dostateczne starania o ich ciała. Niestety teoretycznie to tylko istnieje. Z ramienia P.C.K. chodzą do chorych siostry Cz. K., chodzą pomocnice domowe z ramienia Komitetu Opieki Społecznej a naprawdę wyszkolone tzw. pielęgniarki środowiskowe mają całe morze innych zadań do spełnienia w czym gubi się właściwa pielęgnacja. Nie lekceważę wcale wysiłków Państwa, ale tu właśnie jakże często spełniają się słowa psalmu: „Jeżeli domu Pan nie zbuduje, darmo się trudzą jego budowniczy”. Bo tym wszystkim osobom, przeznaczonym do opieki nad przewlekle chorym i starym człowiekiem, nikt ani na kursach P.C.K. ani w szkołach pielęgniarskich nie daje podstaw religijnych, przy samej rozbudowie tzw. deontologii zawodowej. Muszę dodać opierając się na doświadczeniu z Krakowa, że pielęgniarstwo parafialne wyprzedziło te punkty opieki Czerwonego Krzyża, a ilość chorych wymagających naszej opieki wcale nie zmalała. I dodać trzeba jeszcze, że P.C.K. bierze chorych pod opiekę na pewien okres czasu, nie do końca, nie do śmierci. A więc co robić z przewlekle chorymi? To jest naprawdę smutno charakterystyczne dla czysto laickiej działalności. Tymczasem my pielęgnujemy chorych całymi latami. Wielu bardzo przez rok 1, przez 3 lata, przez 5 lat a mamy i takich chorych, których pielęgnujemy 10 lat. Raczej samo przez się jest zrozumiałe, że pielęgnowanie chorego człowieka z ramienia Kościoła nie może ograniczyć się do samych zabiegów pielęgniarskich, tylko musi mieć charakter apostolski. Oparłyśmy się tutaj od początku na słowach papieża Piusa XII z Encykliki „O Mistycznym Ciele”, „Duszpasterstwo chorych leży nie tylko w rękach kapłanów ale wszystkich co sprawują miłosierdzie wobec chorych.” O sprawach tego apostolatu mówią również wszystkie dokumenty soborowe /które nam ks. Kanonik tak wnikliwie przedstawił/.

Staramy się obsługę chorych postawić na jak najwyższym poziomie ale równocześnie rozwijamy pracę w tym drugim kierunku, a właściwie trudno tu mówić o dwóch kierunkach, kierunek jest jeden, bo człowiek jest jeden jako całość psychosomatyczna. Przecież mamy bardzo mocne potwierdzenie tego w Ewangelii: „szklanka wody podana w imię Chrystusa…” pełne miłości słowo „jeść jej dajcie”. Leczenie chorego ciała i poprzez uleczenie chorego ciała leczenie duszy, to są twierdzenia ewangeliczne, które pogłębiają nasze pojęcia o jedności psychofizycznej człowieka.

Aniśmy się spodziewały, że nasza praca mimo tego, że powstała z pobudek religijnych będzie miała aż tak wielkie konsekwencje w dziedzinie tego co jest istotą naszego apostolstwa świeckich wśród chorych. A więc nawracania niewierzących i pogłębiania wiary wierzących. Doprowadzania do tego aby człowiek w swojej chorobie powiedział Bogu „tak”. A właśnie ten rodzaj usług jakie pełnimy, to apostolstwo czynu, nie samych słów, pomaga nam, toruje nam drogę. Jak może pojąć głębię chrześcijaństwa ktoś cierpiący i zaniedbany, nie widzący niczyjego wysiłku zmierzającego do przyniesienia mu ulgi fizycznej? Przecież mamy do czynienia z chorymi przewlekle cierpiącymi w sposób straszliwy. I tym cierpieniom możemy często zapobiec, właśnie przez te zabiegi pielęgniarskie nie tylko higieniczne ale i rehabilitacyjne przywracające ludziom, w naszych wypadkach nie całkowitą ale przynajmniej częściową sprawność. Te zabiegi w warunkach domowych są często niesłychanie trudne. Wymagające dużo doświadczenia i pomysłowości. Dodać trzeba, że opiekunki pracują nieraz w warunkach wręcz potwornych i to spotykanych w centrum miasta w komfortowych kamienicach. Muszę zaznaczyć, ze ogół księży nawet pracujących wśród chorych z ramienia parafii nie zna tych warunków. Nic dziwnego bo na przybycie księdza robi się wielkie porządki, (bardzo słusznie zresztą przez szacunek dla samego księdza i dla Tego w którego imieniu przychodzi). Pamiętam kiedyś podczas wizytacji ks. Kardynała miałam zaszczyt towarzyszyć mu w odwiedzinach chorych, chciałam pokazać mu straszliwe środowisko. Co zastałam? wszystko było usłane arkuszami białego papieru, nie zobaczył nic, a co się tam działo to pojęcia nie ma. Trudno, i tak bywa. Należy pamiętać, że cierpienie człowieka przewlekle chorego, nie jest zależne od stanu materialnego czy komfortu. A już potrzeby duchowe są te same, a zaniedbania w tej dziedzinie bywają większe u ludzi zamożnych z tzw. inteligencji, niżeli u ludzi prostych.

Dla nadania tła apostolatu wśród chorych, należałoby odmalować ich psychikę. Ale tutaj zbytnie uogólnienia stwarzają niebezpieczeństwo szufladkowania. Utrudniają spojrzenie na każdego chorego jako na odrębną osobowość. Jednak niektóre cechy wspólne które dają się zauważyć, chcę tutaj bardzo krótko poruszyć, nie książkowo ale z doświadczenia, dlatego, że to się ściśle łączy z naszym apostołowaniem. Nie będę tutaj dotykała psychopatologii, ani chorych psychicznie ani ludzi starych ze zmianami psychicznymi, to jest zupełnie inne zagadnienie. Mówię o chorym przeciętnym. Chory chronicznie jest z konieczności zaabsorbowany sobą. Zmuszają go do tego jego dolegliwości, ból, większe albo mniejsze unieruchomienie. Izolowany od świata zewnętrznego w swoim mieszkaniu, przebywający ciągle w tym samym kręgu ludzi, nieraz bardzo wąskim, zacieśnia się. Stąd wzrasta jego egocentryzm, na który patrzymy jako na zjawisko naturalne, wcale się nie dziwimy, to jest niemal nieuniknione, że w większym stopniu niż u każdego z nas. „Ja” chorego jest na pierwszym planie. Chory jest uzależniony od wysiłku otoczenia. Nieraz traci rozeznanie co do sił ludzi którzy mu pomagają. Wymagania wzrastają. Chory przestaje rozumieć otoczenie i stąd konflikty w których bynajmniej nie można powiedzieć, że chory ma zawsze rację, wcale nie. Każdy człowiek pragnie wolności i stąd do wolności dąży i chory. I stąd walka z jego nieszczęsnym ciałem i stąd często ta walka rodzi bunt. Trapi go poczucie bezużyteczności. Trapi i tych, którym choroba pozwala na jakie takie pomaganie w domu, czy na pracę chałupniczą. Nawiasem powiedziawszy ta praca dawana przez Spółdzielnie Inwalidzkie zupełnie nie uwzględnia momentu psychologicznego i bywa niesłychanie męcząca przez swoją monotonię, nie mówiąc już o sprawie zarobków. Wszyscy chorzy młodzi i starzy mają poczucie własnej człowieczej godności i wymagają szacunku. Młodzi kalecy-inwalidzi chcą być traktowani normalnie. Dla nich ich fizyczna anomalia jest właśnie stanem normalnym. Bywają umysłowo bardzo aktywni, zainteresowani życiem. Pod pozorną apatią życie w nich często po prostu wibruje. Nie znoszą okazywania tzw. litości. Nie znoszą przyglądania się, dopytywania. Starzy chorzy nie chcą być traktowani jak dzieci – „zdziecinnienie” to nie jest adekwatny wyraz, dotyczy właściwie tylko troski, którą trzeba tych ludzi otoczyć, ale nie osobowości człowieka, który ma za sobą cały ciężar życia. Ogół chorych cechuje znakomity zmysł obserwacji i wyostrzony krytycyzm w stosunku nie tylko do rodziny i domowników, ale do wszystkich pracowników parafialnych z księdzem włącznie. Zaledwie dotknęłam tu psychiki chorych kierując się tylko tymi jej elementami, o których powinna pamiętać i pielęgniarka i każdy pomocnik parafialny, każdy w ogóle, który się z chorymi spotyka. W opiece nad chorymi wziąwszy pod uwagę ich psychikę nie można się ograniczyć do tego co się nazywa powszechnie miłosierdziem dla duszy i ciała. A więc w naszym przypadku do pielęgnowania ciała i poprzez tę pielęgnację zbliżanie chorych do Boga. Trzeba dostarczyć tego co mu brakuje. Rozszerzyć jego horyzonty przez dostarczenie mu pewnych rozrywek, dobrej lektury o treści niekoniecznie religijnej, zapewnić towarzystwo spoza codziennego kręgu domowników, spomiędzy pomocników parafialnych, młodzieży i dzieci. Letnie wczasy chorych, ten błogosławiony relaks, rekolekcje kilkudniowe zamknięte ale tak pomyślane aby poza najważniejszym elementem religijnym dawały chorym wytchnienie i towarzystwo ludzi i pogodę, dają tutaj naprawdę ogromne rezultaty. Nie można widzieć w chorym czy starym tylko cierpiącego, a nie normalnego człowieka z jego dążeniami i pragnieniami. Wracając jednak do apostolstwa, bo to jest tematem mojej wypowiedzi musimy stwierdzić, że my pielęgnujące chorych jesteśmy w tym szczęśliwym położeniu, że sama istota naszej pracy, ta systematyczna usługa ciału toruje nam drogę do dusz. Był pod naszą opieką taki jeden starszy pan, filozofujący matematyk odwiedzany przez kapłanów często – nic z tych rzeczy – nie chciał sakramentów; myśmy go w dalszym ciągu pielęgnowały. Aż raz sam powiedział, że patrząc na naszą pracę widzi, że „co innego jest filozofia Kanta, a co innego filozofia Ewangelii”. W końcu na prośbę młodej pielęgnującej go zakonnicy nawrócił się i przyjął sakramenty. Był inny chory po 60-tce zgłoszony nam przez pewną jego znajomą, która w gorliwości swojej zgłosiła go nam nie tyle do pielęgnacji ile do nawrócenia – łatwe zadanie – ów pan jak się później okazało, nigdy w życiu nie przyjął Komunii św. Gdzieś prawdopodobnie w dzieciństwie – nie wiadomo. Bardzo inteligentny, porządny człowiek. Sprawa pielęgnacji była paląca, ciężkie schorzenie neurologiczne. Nogi w ranach, które się szybko zagoiły gdy je po prostu myto. Dowiedział się o rekolekcjach zamkniętych, które corocznie odbywają się z ramienia naszego duszpasterstwa w Domu Rekolekcyjnym XX. Salwatorianów w Trzebini. Był tam, hołubiłyśmy go tak samo jak innych w myśl zasady średniowiecznej, że „chory to nasz pan”. Słuchał nauk, brał udział w nabożeństwach. Było to dla nas bardzo dużo, chociaż jego znajoma głęboko się zawiodła bo nasz pan do sakramentów nie przystąpił. Ale stanął u początku drogi. Stale odwiedzał go – stale podkreślam to i kładę na to wielki nacisk – rekolekcjonista z którym się zaprzyjaźnił. Życiu jego nic nie zagrażało – rekolekcjonista się nie spieszył, nie namawiał. Czekał aż się rozbudzi wola tego człowieka. A myśmy nadal pielęgnowały go. Po miesiącach chory oświadczył, że „chce”. Nie zapomnę wyrazu jego twarzy gdy czekał na spowiedź i I Komunię św. w swoim życiu, udzielaną mu w czasie Mszy św. w jego domu. takich przykładów mogłybyśmy mnożyć niemal bez końca. A czynnikiem kapitalnym w nawracaniach jest modlitwa opiekunek chorych. Jedna z sióstr przemodliła całą noc i uprosiła łaskę nawrócenia dla kobiety bardzo opornej i to w przeddzień jej śmierci. Centralnym problemem w naszym apostolacie jest sprawa cierpienia. Problem bardzo trudny, chyba coraz trudniejszy. Wobec postawy konsumpcyjnej coraz bardziej narastającej w naszym społeczeństwie. W takiej atmosferze duch ofiarny jest niedoceniony albo całkowicie niezrozumiały. Toteż współczesnemu człowiekowi bardzo często niełatwo zrozumieć sens cierpienia który jest równoznaczny z ofiarą i wyrzeczeniem. Tymczasem spotykałam niejednokrotnie wśród ludzi z pomiędzy pracowników parafialnych, bardzo wierzących i bardzo dobrej woli zasadnicze błędy w postępowaniu. Nie można mówić choremu „Jesteś szczęśliwy, że cierpisz, Pan Jezus Cię kocha i dlatego cierpisz”. Pewnie, że to prawda, ale to nie trafia, to może stać się jakąś przegrodą od Boga. Może trafić do pewnych ludzi ale nie jako szablon, a o to tutaj chodzi. Mamy między naszą rzeszą pacjentów pewną czterdziestoparoletnią kobietę nieuleczalnie chorą od dzieciństwa. Mającą dużo czasu i możliwości intelektualnych aby przemyśleć ten problem, między innymi sens cierpienia. Na podstawie jej wypowiedzi i naszych doświadczeń możemy stwierdzić, że w większości wypadków najlepiej w zakresie apostolatu na pytanie dlaczego? Po co? trzeba odpowiedzieć po prostu, że to jest tajemnica Boża, tak samo jak tajemnicą Bożą jest Męka Chrystusa, to jest przecież prawda. Zauważyłam sama, że chory zbuntowany, oczekujący dyskusji na ten temat, jakiś naładowany wewnętrznie argumentami, wobec takiego stanowiska milknie, jakoś się uspokaja, nabiera zaufania. I to jest podłoże na którym z czasem wyrośnie dalsza prawda, ta pełna prawda, która wyswobodzi, wyzwoli chorego. A przecież chorym tak bardzo potrzeba wolności. Nie zmieni się ich niewola cielesna, ale opadną, a przynajmniej rozluźnią się więzy duchowe. My w ten sposób torujemy drogę kapłanowi. My ciągle musimy pamiętać o tym, że my torujemy drogę kapłanowi.

Sprawą niezmiernie ważną jest modlitwa chorych, która poza wartością samą w sobie, może Chorym sprawić tak olbrzymią ulgę w ich poczuciu bezużyteczności, kiedy zrozumieją zbawczą moc modlitwy. I tutaj trzeba nam w naszym apostolstwie niesłychanie uważać. Nie wolno narzucać im własnych ulubionych form modlitwy. Kiedyś jedna z pracownic parafialnych ciężko chorej narzuciła odmawianie całego różańca. Rezultat był taki, że chora nie przyjęła już więcej nikogo oz parafii.

Ja nigdy nie zapomnę osobistego przeżycia: pracowałam wtedy w szpitalu i słyszałam rozmowę jednego chorego z drugim i ten chory mówił do drugiego „ja nie mogę już mówić Ojcze Nasz, ja nie mogę mówić Zdrowaś Mario, mówię tylko Mój Boże i myślę, że Pan Bóg rozumie takie skróty. Nie zapomnę tego.

Wiemy wszyscy, że celem apostolatu wśród chorych jest nawracanie i pogłębianie wiary. Otóż z tym pogłębianiem my apostołowie świeccy czy siostry zakonne musimy być bardzo ostrożni ażeby się nie stać „wilkami drapieżnymi ani fałszywymi prorokami”. Musimy przede wszystkim być pokorni. Nie jesteśmy w stanie wczuć się całkowicie w chorego, w jego ból spowodowany długoletnim unieruchomieniem. Nie wiemy co się dzieje w duszy chorego. Nie wolno nam górować, musimy tylko służyć. Inaczej nie szlibyśmy za przykładem Chrystusa. Nie możemy iść do chorych z tym nastawieniem, że my tych chorych dźwigniemy na jakieś wyżyny duchowe – (jakie? nasze? Pożal się Boże). Nie łudźmy się, że ich wszystkich pogłębimy. To oni nas jakżeż często pogłębiają i dźwigają. Właśnie ci milczący, zachowujący dla siebie „Święte Świętych swojej duszy” : Dziewczyna młoda z rakiem umierająca w pełnej świadomości, ze ofiarowuje swe życie za wykolejoną młodzież. Młody chłopak całkowicie unieruchomiony reumatyzmem który promieniuje swoim życiem wewnętrznym prawie o tym nie mówiąc. Chłopak znowu młody z zanikiem mięśni – przeczytał w czasopiśmie, że ludzie wysyłają paczki na Misje, on nie ma pieniędzy ale prosi aby dać im znać, że on się za Misje modli. My wobec takich ludzi jesteśmy Słudzy nieużyteczni według słów św. Łukasza. Nierzadko spotykamy tu trudności jeśli chodzi o przyjmowanie namaszczenia chorych. I dużo jeszcze wody upłynie zanim ustąpią przesądy z tym związane, zanim ksiądz nie będzie zwiastunem śmierci. Posoborowe ujęcie tego Sakramentu nie od razu zakiełkuje w duszach ogółu. Muszę nadmienić, że podczas rekolekcji jeden z naszych rekolekcjonistów namaszcza każdego chorego, który tego pragnie – i to jest wielka nauka, pogłębienie wiedzy o tym sakramencie. Biorą w nim udział i starzy i młodzi, publicznie wobec wszystkich w kaplicy. Mówiąc o Sakramentach św. trzeba położyć wielki nacisk, żeby chory idący do szpitala, przyjął go jeszcze w domu bez odkładania. Widzieliśmy jak wygląda sytuacja w szpitalu. To jest nasz wielki obowiązek. Dotykamy tu problemu śmierci. w naszej statystyce istnieje 1110 zgonów pod naszą opieką. Nie jest to bynajmniej przerażające – przeciwnie, to jest dla nas zaszczytem, że przez parafialną opiekę nad chorymi tylu ludziom choć w małej mierze pomogłyśmy w wędrówce do Domu Ojca. Eschatologiczne nastawienie naszej pracy ma tu swój pełny wyraz. Właśnie brak tego eschatologicznego nastawienia wśród ogółu wiernych utrudnia chorym i ich rodzinom stosunek właściwy do nadchodzącej śmierci. Ale to, że same przynajmniej póki jesteśmy zdrowe jej się nie boimy, to inna kwestia. Nie oznacza tego abyśmy nie uznawały faktu istnienia lęku przed śmiercią u naszych chorych, ten lęk istnieje. To zresztą naturalne. Trzymanie się kurczowo niteczki życia, u wielu chorych z jednej strony naprawdę spowodowane jest brakiem wychowania w duchu eschatologicznym a z drugiej strony świadczy o tym jak niezmiernie cennym jest dar życia. Jakże mocno czepiają się go ludzie starzy. Częste są pytania „czy już mam umierać?”, na te pytania trzeba odpowiadać indywidualnie. Nie każdemu dana jest łaska stawania oko w oko ze śmiercią. „Ars moriendi” dana śp. Teresie Strzembosz jest łaską rzadką. Musimy to respektować. Co innego jest banalnie pocieszać, że jeszcze nie, a co innego odpowiadać oględnie, z pełnym wysiłkiem ażeby chory nie doznał szoku. Hipokratesowe „primum non nocere” ma tu swoje pełne zastosowanie. Wydaje się nam, że dobrze jest pójść za radą jednego z bliskich nam kapłanów, żeby nie pocieszać, ale odpowiadać „nie wiadomo komu z brzegu, tobie czy mnie.” Umrzemy wszyscy, ja dodaję od siebie „na szczęście”. Oczywiście wszystko zależy od osobowości chorego. Mimo wiary w szczęście w Domu Ojca z całym współczuciem odnosimy się do rodziny po utracie przez nią kogoś bliskiego, matki, ojca, czy syna. Powściągliwe zapewnienie o modlitwie, prawdziwa serdeczność tylko wyjątkowo może ustąpić rozmowom religijnym zaraz po śmierci. Trzeba się tutaj wystrzegać wszelkich banałów. Moja bliska znajoma, która przed laty utraciła synka, odeszła od Kościoła pod wpływem zapewniania przyjaciółek o aniołku w niebie. Musimy tutaj uszanować cudzą boleść. Uszanować Matkę Bożą Bolesną. Ale trzeba powiedzieć, że jeśli chory umiera w domu to jego szczęście. Wiemy – śmierć w szpitalu, często gdzieś za parawanem, bez opieki lub na korytarzu. A w zakładzie nawet tam gdzie są siostry – przedłużająca się agonia chorego na wspólnej Sali wywołuje wściekłość u innych pacjentów. Jest ogólne znieczulenie na cudze cierpienia i brak wrażliwości na cudzą śmierć. Musimy pilnować ażeby nie było rozmów podczas konania. Asystowałam kiedyś przy śmierci jednej pacjentki, która jeszcze oddychała a już się szukało w jej biurku książeczek oszczędnościowych. Nasza rola jest tu wielka. Musimy nauczyć modlenia się przy chorym konającym i oczywiście same się modlić, naturalnie niekoniecznie na klęczkach, nie zaniedbując koniecznych zajęć, w miarę naszych sił.

Nie chcę bynajmniej twierdzić, że praca apostolska wśród chorych – to jest nawracanie i pogłębianie wiary i torowanie drogi przed apostolstwem kapłańskim, może być udziałem tylko osób pielęgnujących, a nie innych pomocników parafialnych – bynajmniej. To wszystko co powiedziałam stosuje się do wszystkich, którzy mają kontakt z chorym. Inna sprawa, że my mamy to zadanie ułatwione. Przecież istnieje w parafiach cały szereg ludzi, którzy nie potrzebują naszej opieki pielęgniarskiej bo mają ją zapewnioną przez kogoś innego ale i oni powinni mieć kontakt z parafią przez kontakt z pomocnikami parafialnymi. Ale nawet u ludzi pielęgnowanych pożądane są wizyty spoza ścisłego grona pielęgniarskiego, wizyty pomocników parafialnych ale pracujących w porozumieniu z pielęgniarką. Przecież wśród wielu nawet tych chorych, co się uważają za pobożnych, panuje niemal analfabetyzm religijny. Pismo św. jest w mało którym domu. Do Mszy św. odprawionej w domu, trzeba niejednokrotnie przygotować chorego. Przecież są to ludzie co nie przeszli przez soborowe nauki przeżywania Mszy św. rzeczywistego w niej uczestnictwa, nie uleganie często tylko nastrojowi. Nie zawsze pielęgniarka ma na to czas. Ktokolwiek przeprowadza to przygotowanie musi to czynić z ogromną delikatnością i prostotą. Choć nieraz się zdarza, że to chory nad nimi góruje. W swojej pracy apostolskiej opiekunka chorych powinna ściśle współpracować z kapłanem. Mówię szczerze „powinna”, bo nie zawsze ta współpraca jest pełna. Ogranicza się niestety czasem do wezwania księdza aby przyszedł do chorego, ażeby ustalić datę Komunii św., Mszy św. a więc do spraw sakramentów. Radujemy się bardzo z tego, że my jesteśmy tu ogniwem między chorym a księdzem jeśli chodzi o Sakramenty św. bo to jest jedyna prawdziwa rzeczywistość do połączenia się z Bogiem. Ale jakże prawdziwe są słowa, które niedawno wyczytałam z naprawdę głębokiej pracy kamilianina Ojca Wiesen „Nie wolno zapominać o tym, że istnieje jeszcze bardzo daleka droga, wiodąca od przyjęcia Sakramentów do chrześcijańskiego wypowiedzenia „tak” wobec choroby”. Otóż zdarza się, że księża ograniczają swoje wizyty właśnie wyłącznie tylko do wizyt sakramentalno-liturgicznych. Zdarzyło się niedawno, że jedna siostra poprosiła tylko o odwiedzenie chorego, który miał wielkie trudności. Ksiądz wywnioskował z tego, że może przyjść od razu z Panem Bogiem i bardzo był urażony na siostrę gdy chory Komunii św. nie przyjął. Tak się dzieje przynajmniej na podstawie naszych doświadczeń w wielkich parafiach miejskich. Inaczej jest w małych, gdzie proboszcz i jego wikarzy znają swoje owce. Ja doskonale rozumiem jak wiele jest trudności w wielkich parafiach, ale jeśli opiekunka chorych specjalnie prosi o pomoc w trudnych wypadkach – to jej prośba nie powinna być bezowocna. Chodzi zresztą o opiekę kapłańską nie tylko w wypadkach szczególnie trudnych, ale chodzi o odwiedziny okresowe przez księdza również u chorych praktykujących, ażeby ich umacniać i wspomagać. W niektórych parafiach wielkich jest ksiądz specjalnie przeznaczony jako duszpasterz chorych. Nie moją sprawą jest rozstrzyganie czy taka specjalizacja zawsze jest słuszna. Pozwolę sobie zadać pytanie, czy pozbawienie innych księży okazji odwiedzania chorych nie ujmuje czegoś z pełni ich kapłańskich obowiązków? A każda specjalizacja ma swoje dobre i ujemne strony.

Współpraca siostry z księżmi, czy to będzie proboszcz czy wikary, czy wikary specjalista, powinna być nacechowana wielką wzajemną szczerością. Opiekunka radzi się księdza jak ma postępować, przedstawia mu jakie widzi u chorego trudności. Ze swej strony informuje go o sposobach postępowania jego samego w stosunku do chorych, bo lepiej ich zna. Wzajemnie ksiądz zwracać powinien uwagę na jej niedociągnięcia. Jak wspominałam krytycyzm u chorych zwłaszcza młodych i t.zw. inteligentów jest wyostrzony. I zdarza się, że chory mając z opiekunką stały kontakt i mając do niej zaufanie i wdzięczność informuje ją o swoich reakcjach. Chorzy nie znoszą szablonu w postępowaniu i sposobie bycia. W księdzu chcą widzieć przyjaciela, któremu mogą się poskarżyć i użalić a równocześnie chcą być traktowani normalnie jak ludzie zdrowi. Pamiętam jak jeden młody reumatyk stojący u progu nawrócenia, zawieziony do kościoła na Mszę św. dla ogółu wiernych nie dla chorych powiedział: „Nareszcie nie słyszałem o chorobie i cierpieniu ale zwyczajne kazanie o Panu Bogu. Niektórzy nie znoszą tego co nazywają kazaniem a więc monologu księdza. I nie chcą słuchać o cierpieniu, gdyż nie zawsze są dość przygotowani na przyjęcie jego najgłębszej treści.

Msza św. w domu, ta zupełnie cudowna uroczystość może się stać udręką dla chorego jeżeli się przedłuża wskutek homilii lub wspólnie odmawianego dziękczynienia. Niektórzy pragną po Mszy św. ciszy i modlitwy własne jw. skupieniu. Inni bardzo religijni odmawiają Mszy św. bo to pobudza ich nerwowo. Przeźrocza o treści religijnej nie zawsze pogłębiają religijność gdyż denerwują i wdzierają się w owo zacieśnienie myśli ostrym akcentem, zwłaszcza gdy są wyświetlane wieczorem, przyczyniają się do bezsenności.

Trudności w dziedzinie religijnej spotykamy niestety dość często wśród otoczenia chorego. Przecież idziemy do środowisk różnych np. takich które nie chcą słyszeć o kapłańskiej wizycie z okazji kolędy. Wśród nich znajdują się nieraz chorzy wierzący, praktykujący, ale mający wręcz opory z lęku przed otoczeniem. Idziemy również do środowisk po prostu występnych. Dla nas opory nie mogą istnieć. Musimy się w takich wypadkach starać o maksimum delikatności, tej chytrości o której mówi Ewangelia. A przecież takich sytuacji wobec dechrystianizacji naszego społeczeństwa bywa coraz więcej. Biedni zbłąkani ludzie. My samą naszą postawą pełnimy czyn apostolski bez wielu słów. I tu znowu występuje wpływ tego, a nie innego rodzaju pracy, na otoczenie chorych. Znamy wypadki, w których wobec uporczywej systematycznej pracy pielęgniarskiej miękną serca nie tylko samych chorych ale i ich otoczenia i przyjaciół. A jeśli nie miękną to czyż wolno nam się zżymać, a nawet tylko skarżyć, na pewno nie. Jesteśmy po prostu świadkami Chrystusa. Chyba to dość. Trzeba postawić pytanie jakie są korzyści dla parafii z naszej pracy: 1. Realizacja i dopełnienie jednego z jej obowiązków – czynnego okazywania miłości chorym. 2. Penetracja w środowiska ludzkie, które bez pracy pielęgniarskiej nie byłyby znane – jakaś ofensywa miłości, świadectwo dane Chrystusowi. 3. Ogniskowanie ludzi dobrej woli, a więc grup: pomocników parafialnych, młodzieży, dzieci. Grupy te są niesłychanie wartościowe ale opis ich pracy sięga poza zakres moich i tak przydługich wypowiedzi. Mówiłam już o wzajemnych relacjach kapłanów i pielęgniarek parafialnych. Błagam o jedno, niech nam księża nie okazują współczucia, że pełnimy /co za strasznie niewłaściwe wyrażenie/ najniższe posługi. Że to nic przyjemnego „dosłownie babrać się” itd. My jesteśmy szczęśliwe, ze możemy czynić te posługi, a czy może być mowa o hierarchii posługi w służbie nieszczęśliwemu człowiekowi? Tak często zapomina się, że nowe przykazanie dał nam Chrystus ilustrując je właśnie przykładem dobrego Samarytanina. Jeśli my idziemy za tym przykładem, to czy należy nam współczuć?

(oprac. A.N.)

 


[i] Maszynopis referatu w Archiwum przy KSPiPP Odział w Krakowie.

Początek strony