Hanna portret          Hanna Chrzanowska urodziła się 7. X. 1902 r. w Warszawie, w rodzinie zasłużonej dla polskiej nauki i kultury oraz pielęgniarstwa polskiego. Jej ojciec, Ignacy Chrzanowski, znany profesor literatury polskiej pochodził z katolickiej rodziny podlaskich ziemian. Matka Wanda, z domu Szlenkier, pochodziła z ewangelickiej rodziny zamożnych warszawskich przemysłowców: Siostra matki, Zofia Szlenkierówna, była fundatorką szpitala dziecięcego w Warszawie oraz dyrektorką Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa. Obie rodziny znane były z rozległej działalności dobroczynnej. W 1910 r. rodzice Hanny przenoszą się do Krakowa, gdzie prof I. Chrzanowski obejmuje katedrę na Uniwersytecie Jagiellońskim.

W Krakowie Hanna uczy się najpierw prywatnie. a następnie w Gimnazjum Sióstr Urszulanek, które kończy z odznaczeniem w 1920 r. Po maturze przechodzi krótki kurs pielęgniarski, aby nieść pomoc ofiarom wojny polsko – bolszewickiej. W grudniu 1920 r. Hanna rozpoczyna studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Na wieść o powstaniu Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa przerywa studia i wstępuje do nowo otwartej szkoły, aby całkowicie poświęcić się pielęgniarstwu. Była to dla Hanny kluczowa decyzja, mająca określić dalszą drogę jej życia. Po ukończeniu szkoły w 1924 r. wyjeżdża na stypendia do Francji i Belgii) gdzie pogłębia swą wiedzę, zwłaszcza w zakresie pielęgniarstwa społecznego.

W latach 1926 – 1929 pracuje jako instruktorka w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. Od roku 1929 do 1939 Hanna Chrzanowska redaguje miesięcznik „Pielęgniarka Polska” – pierwsze w Polsce czasopismo zawodowe dla pielęgniarek. Mieszka w tym czasie w Warszawie. Publikuje wiele prac z dziedziny pielęgniarstwa, a także podejmuje udane próby twórczości literackiej. Uczestnicząc w pracach Polskiego Stowarzyszenia Pielęgniarek Zawodowych bierze czynny udział w przygotowaniu, uchwalonej przez Sejm w 1935 r. „Ustawy o pielęgniarstwie”: Ustawa ta, uznawana za jedną z najlepszych w świecie, ma regulować zawodowy status pielęgniarek i będzie obowiązywać w Polsce prawie do końca XX wieku. Hanna Chrzanowska przyczynia się również w znacznym stopniu do powołania w 1937 r. Katolickiego Związku Pielęgniarek Polskich.

Attachments:
Download this file (Hanna Chrzanowska broszura.pdf)Folder o Hannie Chrzanowskiej815 kB

choryCZŁOWIEK CHORY - TO BYŁ JEJ ŻYWIOŁ
Nie odstępowała od tego, że pielęgniarstwo to jest najpiękniejsze powołanie. Najpiękniejsza służba. I ona była tak szalenie radosna w tym swoim służeniu. Tak nieprawdopodobnie szczęśliwa. Ona uczyła największej Bożej miłości, Bożego miłosierdzia - tak po latach wspominała Hannę Chrzanowską, dzisiaj służebnicę Bożą, jej bliska współpracownica.
Przeglądając biogram skreślony przez H. Chrzanowską u schyłku życia, nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że pisała go osoba niezwykle skromna. Rzetelny, ale suchy spis faktów nie wyjaśnia ani powodu nazywania jej w środowisku chorych, pielęgniarek i studentów Krakowa „Cioteczką”, ani słów kard. Karola Wojtyły podczas pogrzebu: „Byłaś dla mnie ogromną pomocą i oparciem”, ani przysługującego właśnie jej miana prekursorki ruchu hospicyjnego w Polsce. Życie i spuściznę niezwykłej pielęgniarki przybliża publikacja Marzeny Florkowskiej „Radość dawania. Hanna Chrzanowska we wspomnieniach, listach, anegdotach”.
Służba, nie kariera
Hanna Chrzanowska urodziła się w Warszawie 7 października 1902 r. Była córką Wandy Szlenkier oraz Ignacego Chrzanowskiego - wywodzącego się z Podlasia (ze wsi Stok w powiecie radzyńskim) wykładowcy uniwersyteckiego, wybitnego historyka literatury Wzrastała w atmosferze gorliwości, ofiarności, którą tworzyli rodzice, dziadkowie, krewni i ukochana ciocia Zofia Szlenkierówna, fundatorka Szpitala dla Dzieci im. Karola i Marii w Warszawie, a później założycielka Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa.
Zamiłowanie do niesienia pomocy objawiło się wcześnie - po maturze w 1920 r. Hanna jako wolontariuszka opiekowała się żołnierzami poszkodowanymi w wojnie bolszewickiej w jednym z krakowskich szpitali. Wprawdzie rozpoczęła studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak czuła, że jej miejsce jest gdzieś indziej. Ukończona w 1924 r. Warszawska Szkoła Pielęgniarek, stypendium Fundacji Rockefellera we Francji i egzamin uprawniający do wykonywania zawodu zapoczątkowały jej pielęgniarską „karierę” - choć ona sama wolałaby słowo „służba”. Była bez wątpienia tytanem pracy, pełniąc w tym samym czasie wiele obowiązków: m.in. była instruktorką w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie, redaktorem naczelnym miesięcznika „Pielęgniarka Polska”, asystentką dyrektorki Warszawskiej Szkoły Pielęgniarek, prowadziła prace badawcze na rzecz pielęgniarstwa itd.
Świętość - u boku przyszłego świętego
Po wybuchu II wojny światowej rzuciła się w wir pracy wolontariackiej na rzecz uchodźców i wysiedlonych, którym trzeba było zapewnić dach nad głową, opiekę medyczną, pracę itd. Robiła to, angażując zdrowie i siły, niezależnie od trudnych osobistych doświadczeń, jakimi była w 1940 r. śmierć ojca wywiezionego wraz z innymi profesorami UJ do obozu w Sachsenhausen, oraz brata, który zginął w Katyniu. Chociaż z domu nie wyniosła głębokiego religijnego wychowania, Boga i Jego miłosierną miłość odkrywała przez lata - także poprzez swoją pracę. W 1956 r. została oblatką - związując się jako osoba świecka z opactwem tynieckim.
Po wojnie wróciła do pracy pedagogicznej w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarsko-Położniczej w Krakowie. Podczas półrocznego stypendium w USA zapoznała się z amerykańskim systemem pielęgniarstwa domowego. Jego idee zaczęła na własną rękę stosować już po przejściu na emeryturę w 1957 r., organizując opiekę pielęgniarską w Krakowie przy wsparciu parafii. Wyszukiwała najbardziej opuszczonych i zaniedbanych chorych, myła, pielęgnowała, szkoliła nowe opiekunki, m.in. siostry zakonne. Dzięki współpracy z kard. Karolem Wojtyłą pozyskiwała do pomocy studentów-wolontariuszy. Zainicjowała również wyjazdowe rekolekcje dla chorych. Szkoliła kleryków i studentów przygotowując ich do kontaktów z chorymi, ucząc zasad wykonywania przy nich prostych czynności. Prowadziła tę pracę przez 16 lat, do końca życia. Zmarła w opinii świętości 29 kwietnia 1973 r.
Miała w sobie ducha służby i ofiarności
- Dla „Cioteczki” praca przy łóżku chorego to nie było żadne poświęcenie ani wyrzeczenie. To było szczęście i spełnienie, nawet gdy niektóre sytuacje mogły być przerażające. Bo miała w sobie ducha służby i ofiarności: nie można bać się cierpienia, nie można bać się śmierci, jest się po to, by pomóc. I ta radość była - wspominała jedna z uczennic H. Chrzanowskiej, później także nauczycielka pielęgniarstwa domowego Zofia Szlendak-Cholewińska. Do dzisiaj aktualny jest napisany przez „Cioteczkę”, świadomą wymagań, jakie stawia zawód, „Rachunek sumienia pielęgniarki”.
W 1998 r. rozpoczął się - z inicjatywy środowiska pielęgniarskiego - proces beatyfikacyjny H. Chrzanowskiej. Na etapie diecezjalnym zakończony został 31 grudnia 2002 r. W ubiegłym roku za przyczyną służebnicy Bożej H. Chrzanowskiej z tętniaka mózgu uzdrowiony został mieszkaniec Krakowa, który po odzyskaniu zdrowia nawrócił się na wiarę katolicką.
LI

Uczyła, że wszyscy chorzy wymagają szacunku
PYTAMY Dr n. med. Ewę Czeczelewską, prodziekan wydziału nauk o zdrowiu Collegium Mazovia Innowacyjnej Szkoły Wyższej w Siedlcach.
Jaki wkład w rozwój pielęgniarstwa w Polsce miała Hanna Chrzanowska?
Bez wątpienia nieocenionym jej wkładem w rozwój pielęgniarstwa było organizowanie pielęgniarstwa domowego, w czasach, kiedy w Polsce nie znano jeszcze ani pielęgniarek środowiskowych, ani opiekunek społecznych, ani nawet sióstr PCK. Wykorzystała do tego wiedzę i doświadczenie zdobyte podczas pobytu na stypendium w Stanach Zjednoczonych, gdzie pielęgnowanie chorych w domach doskonale już funkcjonowało. Dziś mówimy o niej „prekursorka pielęgniarstwa domowego i ruchu hospicyjnego w Polsce”.
Czy przebicie się z takimi pomysłami było wówczas proste?
Niełatwo było zorganizować taką opiekę, ponieważ wiele osób nie rozumiało, na czym polega konieczność pielęgnacji przewlekle chorych; wielu twierdziło nawet, że takich potrzebujących nie ma w społeczeństwie. „Cioteczka” - bo tak nazywano H. Chrzanowską - już wówczas twierdziła, że pomoc chorym nie może być niesiona tylko charytatywnie i przypadkowo, ale powinna być realizowana w oparciu o osoby do tego wykształcone i opłacane. H. Chrzanowska uczestniczyła w tworzeniu pierwszych szkół pielęgniarskich, kształciła pierwsze pokolenia pielęgniarek w Polsce, była także dyrektorką Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego. Różnorodne problemy psychiczne pacjentów, zwłaszcza zaburzenia wieku starszego, nie były jej obce. Uważała, że choć proces chorobowy jest nieodwracalny, stworzenie podopiecznemu korzystnych warunków może zahamować rozwój choroby. To tylko nieliczne jej działania na rzecz pielęgniarstwa, można ich wymienić jeszcze dużo. Wiele zostało wykorzystanych do tworzenia współczesnego pielęgniarstwa, w którym pielęgniarska opieka długoterminowa domowa jest świadczeniem gwarantowanym.
Co fascynuje w Hannie Chrzanowskiej jako w człowieku?
W jej osobie imponuje przede wszystkim jej wyjątkowa inteligencja, dzięki której umiała nawiązać dobre relacje z ludźmi, którymi się zajmowała. Pomimo iż była kobietą bardzo wykształconą, o wysokim poziomie kultury, to równocześnie cechowała ją prostota i bezpośredniość, zwyczajność bez pozy i sztuczności. Wszystko robiła dyskretnie, nie na pokaz. Dziś tak bardzo często brakuje ludziom naturalności, po prostu bycia sobą - żyjemy właśnie na pokaz, wchodzimy w „nieswoje buty”. Z przekazu osób, które miały szczęście poznać panią Chrzanowską, wiemy, że miała niezwykłe poczucie humoru i nawet w ciężkich powojennych czasach potrafiła zaśmiewać się do łez. Ujmuje mnie ta cecha osoby H. Chrzanowskiej, ponieważ obecna pogoń za dobrem materialnym odbiera nam dar radości i humoru. Ale najbardziej cenię odwagę i determinację H. Chrzanowskiej. Jednym z wielu przykładów zaradności jest jej postawa wobec zamknięcia przez władze szkoły pielęgniarstwa psychiatrycznego, w której była dyrektorem, wyrażona słowami: „Trudno, nie chcą nas, będziemy robić coś innego”. Nieustanie szukała jakichś rozwiązań. Jej postawa uczy nas odwagi, tak bardzo dziś potrzebnej ludziom, którzy nie radzą sobie w codziennym życiu.
H. Chrzanowska mogłaby stać się patronką polskich pielęgniarek?
W mojej ocenie - nie tylko mogłaby, ale powinna nią zostać! Grupa zawodowa pielęgniarek, ale także położnych, właśnie w dzisiejszej dobie potrzebuje wzorca, autorytetu, do którego może się odwołać, naśladować, w którym może się umocnić. Bo choć pielęgniarstwo się zmieniło, oczekiwania pacjentów również, to cierpienie w każdym wymiarze pozostało takie samo. W obliczu cierpienia, każdy człowiek potrzebuje niezmiennie od pokoleń tylko jednego: obecności i troski drugiej osoby. Jak bardzo aktualne powinny dziś być słowa pani Hani: „pielęgniarka musi być damą, pielęgniarka musi choremu coś ciekawego przekazać, musi go czymś zainteresować, pożartować, odciągać od choroby”. W tym zawodzie nie wystarczy sama fachowość wykonywanych zabiegów, H. Chrzanowska nieustannie przypominała, że wszyscy chorzy, niezależnie od wieku, mają poczucie własnej godności i wymagają szacunku. Podsumowując, powtórzę za kard. Karolem Wojtyłą, który podczas pogrzebu H. Chrzanowskiej powiedział: „I dlatego myślimy z ufnością o przyszłości Twojego dzieła wśród nas”.
źródło: Echo Katolickie 22/2015
https://opoka.org.pl/biblioteka/P/PR/echo201522_siostra.html

Zofia CholewinskaPani Zofia - pielęgniarka, bliska znajoma, uczennica i współpracownica Hanny Chrzanowskiej. Była blisko Boga, by potem od Niego odejść, a następnie, za wstawiennictwem sł. B. Hanny Chrzanowskiej doznać cudu uzdrowienia i powrócić do Kościoła i głębokiej wiary w Boga i jego niezmierzone miłosierdzie! Uzdrowienie Pani Zofii zostało uznane za cud, dokonany za wstawiennictwem sł. B. Hanny Chrzanowskiej i włączone do akt procesu beatyfikacyjnego Hanny Chrzanowskiej. U Pani Zofii wykryto nieoperacyjny naczyniak tętniczo-żylny mózgu. Przez 6 tygodni leżała nieprzytomna na oddziale szpitalnym. Przyjaciele zamówili w jej intencji Mszę św. w kościele św. Marka w Krakowie, a po niej modlili się jeszcze na adoracji Najświętszego Sakramentu. Modlitwy o uzdrowienie zanoszono za wstawiennictwem sł. B. Hanny Chrzanowskiej. Wkrótce po tym chora odzyskała przytomność, a następnie przystąpiła do sakramentów świętych. W niewytłumaczalny dla lekarzy sposób powróciła do pełni zdrowia fizycznego, ale także dostąpiła duchowego uzdrowienia. Poniżej cytujemy pełny wywiad z panią Zofią, jaki przeprowadzili z nią w 2009 r. klerycy paulińscy z Krakowa:

Vox Eremi. Periodyk Kleryków Paulińskich
59(2009), nr 27(201), s. 11-21.

Na kartach Biblii daje się niekiedy zauważyć kogoś takiego jak sługę lub grupę sług. Oni to, jak liny utrzymujące pionowo słupy namiotu cyrkowego, mają za zadanie być rękoma proroka lub męża Bożego. Choćby plan Boży, który jest przerastającym nas cudem, może ziścić się w inny sposób, to jednak Bóg zechciał poczekać na niewspółmierny do samego cudu współudział człowieka. Współudział, który jest prostą czynnością, zwykłą odpowiedzią angażującą człowieka, która staje się szansą dla niego samego...

Z Ewangelii według świętego Jana: „A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie Wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego (...) Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej i uwierzyli w Niego Jego uczniowie”.

Wiele dróg prowadzi do Boga. Jeżeli chodzi O nas, to obok własnego doświadczenia życia, pod wielką tajemnicę obecności Bożej, podprowadza nas posługiwanie tym, do których w sposób jak najbardziej zwyczajny pośle nas Pan, choć i to bywa całkiem przypadkowo (tymczasem przypadki zdarzają się tylko w gramatyce!).

Na tej drodze było nam dane spotkać, zresztą jak kilku starszym pokoleniom paulinów, panią Zofię […]. Nie sposób jest oddać atmosfery przebywania przy tej osobie, bo ma ona to coś... Nazywamy ją Babcią Zosią. Dlaczego? Przeczytajcie wywiad, który przeprowadziliśmy z Nią którejś niedzieli...

Przez ten dom przechodziło bardzo dożo ludzi. Tutaj musiało być „swojsko”...

Do dzisiaj mam z nimi kontakt.

Tak?

No pewnie, że nie z całą klasą, nie z całą czterdziestką, ale jak był zjazd na 25-lecie, to był ich prawie cały komplet. I też wszystkie przyszły tutaj.

Wszystkie pracują w swoim zawodzie tutaj w Krakowie?

W większości. Jedna nawet przyjechała z Niemiec.

To znaczy pracuje w Niemczech?

Tak, teraz tam pracuje. Posłuchajcie Bracia: na szczęście ja je nazywałam jako swoje dzieci. Z resztą tak je nazywam do dzisiaj. To były takie moje dzieci. Fakt to była też wyjątkowa klasa.

Ja muszę Babcię przed czymś ostrzec. Dzisiaj miał odczyt Kard. Dziwisz, w którym poinformował, że rozpoczął się proces beatyfikacyjny jednego z karmelitów z Czernej. Umarł w opinii świętości i jego współbracia stwierdzili, że nie ma co dłużej czekać by wynieść go na ołtarze. Więc jak Babcia odejdzie sobie do Pana, to niech się Babcia spodziewa, że będzie kolejny święty krakowski!

Trochę jest krakowskich Świętych. Jest to chyba wspaniałe.

Nigdy świętych za wiele...

Hanna i Ignacy ChrzanowscyWirtualne Muzeum Pielęgniarstwa Polskiego udostępniło na swej stronie internetowej materiały dotyczące sł. B. Hanny Chrzanowskiej. Na stronie WMPP możmy zapoznać się z krótkim biogramem Służebnicy Bożej oraz zdigitalizowanymi materiałami archiwalnymi - maszynopisami, korespondencją i fotografiami Hanny Chrzanowskiej, które znajdują się w Archiwum Polskiego Towarzystwa Pielęgniarskiego w Warszawie.

Adres internetowy WMPP: http://www.wmpp.org.pl/pl/wzorce-osobowe/hanna-chrzanowska.html

 

Chorzy o Hannie Chrzanowskiej (w dziesiątą rocznicę śmierci).[i]

Czerwcowego dnia 1968 siedziałam na dworze i opalałam się. Podeszła do mnie starsza pani, pozdrowiła i zapytała o nazwisko, po czym sama się przedstawiła. Była niezwykle miła i cierpliwa, a ja przyjęłam ją z dużą rezerwą, a nawet nieuprzejmie.

- Na pewno siostra B. powiedziała pani o mnie.

- Nie siostra, tylko proboszcz z waszej parafii – odpowiedziała przyciszonym i spokojnym głosem.

- Ale właściwie o co chodzi?

Pani Chrzanowska powiedziała mi o sobie, że jest pielęgniarką, że szuka chorych – głównie samotnych, starszych, ale również młodych. Zapytała, czy chciałabym, ażeby odwiedzali mnie młodzi ludzie, studenci… Pamiętam, że zachowałam się wtedy jak kretynka, bo powiedziałam, że nie wierzę, żeby komuś się chciało przyjeżdżać taki kawał drogi akurat do mnie. Co za atrakcja tracić kilka godzin dla takiej jak ja osoby? Nie wierzę w to, co pani mówi. W ogóle nie wierzę ludziom, bo zbyt dużo złego mi wyrządzili, zbyt dużo upokorzeń spotkało mnie z ich strony.

- Ale chciałabyś żeby przychodzili?

- Oczywiście, że chciałabym. Ale musieliby to być ludzie naprawdę młodzi, bo starzy działają mi na nerwy.

I tu po raz drugi zachowałam się jak kretynka, bo zupełnie zapomniałam o wieku mojej rozmówczyni. Przez całą naszą rozmowę byłam naburmuszona i niesympatyczna.

Był to bardzo niedobry okres w moim życiu: czas buntu przeciwko Bogu, który był sprawcą mojego stanu – czas nieufności, a nawet agresji w stosunku do ludzi, którzy okazywali mi odrobine dobroci, bo poczytywałam to za litość. Żyło mi się wtedy gorzej niż źle, czułam się okropnie samotna. Marzyłam, żeby mieć kogoś bliskiego, z kim mogłabym porozmawiać o wszystkim.

Pani Chrzanowska dotrzymała słowa i na początku października zjawiła się Ewa. Była to cudowna dziewczyna. Przyjeżdżała do mnie raz w tygodniu. NA ten dzień czekałam zawsze niecierpliwie. Dzięki Ewie, a właściwie dzięki p. Chrzanowskiej, zaczęła się w moim życiu nowa, lepsza era. Przede wszystkim byłam znowu uczennicą. Po trzyletniej przerwie wzięłam do ręki podręczniki szkolne. Miałam 18 lat, a przerobiłam dopiero materiał V klasy szkoły podstawowej. Gdyby nie to, że dużo czytałam, byłabym ciemna jak tabaka w rogu. O moim uczeniu się Ewa zadecydowała błyskawicznie, poszła do szkoły, do kuratorium i ustaliła, że będę się uczyć w domu, a na egzaminy będę jeździć do szkoły. No i sprawa została załatwiona.

Ewa uczyła mnie polskiego i matematyki, Mirka biologii i geografii, Helena historii i rosyjskiego.

W grudniu studenci zorganizowali w klasztorze OO. Franciszkanów Opłatek dla chorych. Bardzo chciałam jechać na tę uroczystość, bardzo byłam ciekawa nowych ludzi, a jednocześnie bałam się tego dnia. Byłam dzika w skutek braku kontaktów z obcymi ludźmi i w ogóle ze światem.

Gdy przyjechaliśmy, posadzono mnie na krześle, potem podeszła do mnie ładna czarnowłosa dziewczyna, powiedziała, że ma na imię Jagoda i zapytała, czy wygodnie mi się siedzi. Nie miałam oparcia z lewej strony. Nie upłynęło nawet 5 minut, jak dwóch studentów przyniosło mi wygodny fotel. Wszyscy byli tacy mili, chodzili koło mnie jak koło księżniczki – może dlatego, że byłam najmłodsza. Atmosfera była taka, jak gdybyśmy się znali przez całe życie. Byłam zachwycona i oszołomiona zarazem, że są tacy „dziwni” młodzi ludzie. Studenci w swoim gronie stworzyli grupę, która zajmowała się chorymi i ludźmi starymi. Sprzątali mieszkania, robili zakupy, zabierali na spacery, czytali.

Na rekolekcje chorych pojechałam nie dlatego, żeby zbliżyć się do Boga – dla mnie Bóg w dalszym ciągu był kimś obcym – ale ze zwykłej ciekawości. I wówczas w tej masie chorych, w niedołężności każdego z nich zobaczyłam samą siebie. Przeraziłam się i miałam ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie.

Patrzyłam na studentów, ludzi zupełnie zdrowych, którzy często dopiero w Trzebini po raz pierwszy zobaczyli człowieka na wózku inwalidzkim, czy też leżącego na łóżku jak łazarz… Czemu oni nie uciekają stąd do świata ludzi młodych i zdrowych? Patrzyłam zdumiona, z jaką radością nieśli pomoc nam chorym, harując od rana do wieczora. Ich pracy zawsze towarzyszył uśmiech i piosenka. Starali się, abyśmy te kilka dni rekolekcji wspominali jak najlepiej.

Bóg się do mnie przybliżył, a właściwie ja się nie zbliżyłam do Boga, ale za to poznałam nowych ludzi. Staszek obiecał, że od nowego roku szkolnego będzie mi dawał lekcje fizyki i matematyki. Później nie wierzyłam, że dotrzyma słowa. Pojawił się jednak, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. W przerwach między lekcjami prowadziliśmy dyskusje na różne tematy…

W ciągu kilku lat o 180 stopni zmienił się mój światopogląd. Przestałam Boga oskarżać i nienawidzić za moje pokręcone życie. Zaczęłam myśleć o Chrystusie, który stawał mi się coraz bliższy. Mimo wielu trudnych i ciężkich przeżyć, ostatnimi czasy tak się szczęśliwie składało, że na swojej drodze spotykałam ludzi życzliwych i dobrych. Zresztą, nie tylko ostatnimi czasy. Bo przecież w 68’ roku znalazł mnie prawdziwy Człowiek, tj. śp. p. Chrzanowska, a później inni, jej podobni. Oni sprawili, że przestałam się czuć przedmiotem niepotrzebnym nikomu. Zaczęłam wierzyć, że jestem człowiekiem – z dużym defektem co prawda, ale jednak człowiekiem. A także uwierzyłam, że istnieją jeszcze prawdziwi ludzie.

ELŻBIETA ŁABA

*

Z p. Hanną Chrzanowską zetknąłem się za pośrednictwem znajomej inwalidki mieszkającej niedaleko mnie. Opowiadała mi ona o urokach rekolekcji zamkniętych dla chorych organizowanych przez p. Hannę. Na następny rok (1966) i ja się tam wybrałem. W Krakowie transportowali nas do aut klerycy; tak samo było, gdy wracaliśmy. Przewozili nas gratisowo różni panowie posiadający samochody.

W rekolekcjach brali udział w większości chorzy na wózkach, a także zupełnie unieruchomieni. Pozostała część uczestników chodziła lepiej lub gorzej o własnych siłach.

Dowiedziałem się, że już kilka lat wcześniej p. Chrzanowska zaczęła organizować opiekę na d chorymi w domach. Na terenie wielu krakowskich parafii pielęgnowały chorych różne siostry zakonne, pielęgniarki i panie. Szczególnie niosły pomoc przewlekle i obłożnie chorym.

Jak zauważyłem, w następnych latach coraz więcej chorych przyjeżdżało do Trzebini, a także coraz więcej studentów, których p. Chrzanowska zachęciła do współpracy.

Pani Hanna interesowała się nie tylko naszym stanem fizycznym, ale także warunkami życia. Promieniała dobrocią, wychodziła naprzeciw każdemu człowiekowi i starała się go rozumieć. Gdy rozmawialiśmy o mojej niełatwej sytuacji, podała mi adres i ułatwiła kontakt , a następnie uzyskanie pracy w Spółdzielni Inwalidów, z czego byłem bardzo zadowolony.

W Trzebini to chyba było dla nas najcenniejsze, że mieliśmy okazję poznać wielu wspaniałych księży, których wielka życzliwość oraz piękne i światłe nauki, trafiały do naszych serc i podtrzymywały na duchu. Te rekolekcje dawały nam nowe, głębokie przeżycia, wszczepiały optymizm, pogłębiały wiarę i ukazywały sens i wartość naszego życia. Co roku odwiedzał nas w Trzebini ks. kardynał Wojtyła. Z każdym zamieniał choć parę słów, dodawał nam otuchy, prosił o modlitwę, śpiewał z nami piosenki. To są niezatarte wspomnienia. Potem w domu było nam łatwiej żyć, a także innym było łatwiej żyć z nami. Na rekolekcjach nawiązałem wiele znajomości. Między chorymi i naszymi opiekunami wytworzyły się stopniowo bardzo serdeczne kontakty. Z wielu towarzyszami niedoli, a także klerykami i studentami od lat utrzymuję więź prawdziwie braterską. Niektórzy studenci już pokończyli studia, pozakładali rodziny, a jednak starają się podtrzymywać znajomość i sympatię choćby przez krótkie odwiedziny od czasu do czasu, jakiś list czy inny drobny dowód pamięci. To nam daje dużo radości i my, chorzy ludzie, bardzo to doceniamy. Także w ciągu roku akademickiego studenci pomagają nam w różnych sprawach i potrzebach domowych, wożą nas na spacery i nabożeństwa, organizują nam wspólne spotkania i imprezy, a w lecie nawet wyjazdy na obozowiska.

Gdy dziś myślę o p. Chrzanowskiej, uświadamiam sobie, że to właśnie dzięki Jej wysiłkom ja i wielu innych chorych możemy żyć lepszym, bardziej wzbogaconym życiem. Ona przez swoją wytrwałą cierpliwość i delikatność, przez umiejętność wciągani ludzi dobrej woli do współpracy – wielu chorym i załamanym pomogła odzyskać wiarę w Boga i ludzi, odzyskać pogodę i radość życia. I choć już teraz nie żyje, jednak w dalszym ciągu odczuwamy jej obecność i wielką dobroć przez przedłużenie tej opieki, której ona dała początek. Bo przecież dalej odbywają się w Trzebini rekolekcje chorych, a także co roku wspaniałe wyjazdy na wczasy letnie. Wtedy różni znajomi i przyjaciele spotykają się na umówionych turnusach, które są często jedyną okazją do zobaczenia się i pogadania. Jakże my wszyscy liczymy dni i czekamy na te wyjazdy! Jak się cieszymy na słońce, świeże powietrze i piękno przyrody, bo tego nam bardzo brak na co dzień. Zawsze najprzykrzejsze są pożegnania i rozjazdy, ale wracamy odrodzeni i w doskonałych nastrojach. A wiadomo, przecież i wszyscy tego doświadczamy, że najważniejsze jest nastawienie psychiczne. Spokój i optymizm poprawia także stan fizyczny i ułatwia rehabilitację. Człowiek może być radosny i szczęśliwy nawet w chorobie.

Mija już 10 lat od śmierci p. Hanny. Wielu „nowych” chorych nie widziało Jej nigdy, może nawet o Niej nie słyszało. Ale my, „starzy”, przechowujemy w mieszkaniach jej fotografię, a w sercach wielką wdzięczność. Wdzięczność dla Niej i tych wszystkich, którzy dalej nam pomagają.

BOGDAN BIERNACKI

„Często powtarzała, że trudno mówić choremu o sakramentach świętych, gdy dokuczają mu odleżyny i podstawowe potrzeby nawet w najmniejszym stopniu nie są zaspokojone. Była przekonana, że gdy ciało jest pielęgnowane, to i dusza z czasem otworzy się na Boże sprawy.” – Alina Rumun.[1]

 „Cioteczka [Hanna Ch.] miała cudowny sposób doradzania. Nie było to nigdy wsadzanie nosa w nieswoje sprawy, mędrkowanie, czy dyktowanie. Wchodziła w problem z miłością, z ciepłem, które sprawiało, że chętnie i z radością przepracowywało się rzecz raz jeszcze, aby jej nadać pełniejszy kształt. Siebie natomiast nigdy nie narzucała, umiała usunąć się w cień, więcej – z zadziwiającą godnością znosiła fakt, że nie zauważył jej ktoś, od kogo mogła się tego spodziewać. Gdy było potrzeba przedstawiała swoje problemy z wielką swobodą i prostotą, a bez ekshibicjonizmu, prześwietlona autentyczną, ujmującą pokorą i niezachwianą wiarą w miłość Bożą” – o. Leon Knabit OSB.[2]

„Dzięki pani Hannie Chrzanowskiej zetknęliśmy się z człowiekiem, którego potem jako papieża zaczął podziwiać cały świat. Ale to już odrębny temat. My, ludzie z marginesu świata, dzięki pani Hannie byliśmy z tym człowiekiem dawno zbratani, i z przywróconą godnością.” – Irena Kowalczyk.[3]

 „Jej religijność nie miała nic z egzaltacji, z aktorstwa. Bardzo ostro patrzała na księży, którzy byli nieprawdziwi, sztuczni, pokazywali coś, co nie odpowiadało jakiejś prawdzie wewnętrznej. Śmiała się z takich rzeczy. Z jednej strony była bardzo inteligentna, kulturalna, wykształcona, a równocześnie bardzo prosta, bezpośrednia. Kochało się ją za to jej człowieczeństwo, takie zwyczajne, bez pozy, sztuczności. Człowiek czułby się obrzydliwie, gdyby był w jej otoczeniu nieprawdziwy.” – o. Karol Meissner OSB.[4]


[1] Cyt. za: Radość dawania. Hanna chrzanowska we wspomnieniach, listach, anegdotach, oprac. Marzena Florkowska, Kraków 2010, s. 195.

[2] Cyt. za: Radość dawania…, s. 218.

[3] Cyt. za: Radość dawania…, s. 225.

[4] Cyt. za: Radość dawania…, s. 232.

Pogrzeb Hanny Chrzanowskiej, 2 maja 1973 r.

[Z homilii kard. Karola Wojtyły]

„Niech Ksiądz Kardynał powie im, że fakt mojego odejścia w niczym nie może umniejszyć ich zapału: że ja im tylko pomogłam, a teraz muszą się same trzymać naszej linii pielęgnowania ludzi w ich psychofizycznym całokształcie. Służenia prostą obsługą, umiejętną, mądrą, ale właśnie prostą. Niech się trzymają razem, niech stanowią jedno, niech się cieszą razem z miłosierdzia – jak mówi św. Paweł, ale niech też – jak on zaleca – płaczą z płaczącymi”

„Odczytałem kilka zdań z listu, który pani Hanna skierowała do mnie w roku 1966, kiedy była na operacji 13 XII 1966 r. Wtedy już liczyła się poważnie z możliwością odejścia. Ten list otrzymałem dopiero po jej śmierci. Wręczono mi go z wyraźnym życzeniem chorej, ażebym po śmierci dopiero ten i drugi jej list odczytał. Odczytałem. a to, co należy do wszystkich tutaj zgromadzonych, to z tego listu odczytałem teraz głośno. – I myślę, że to jest zasadnicza, istotna część tego wszystkiego, co mógłbym nad tą trumną powiedzieć. Zasadnicza i istotna. Wiem, że to bardzo trudno byłoby mówić o Niej. I chyba lepiej, że Ona mi to ułatwia. To jest zarazem jakaś prawda o chrześcijaninie. To jest ta prawda, którą wyraził Sobór, mówiąc, że życie chrześcijańskie jest z natury swojej apostolskie, że wszyscy chrześcijanie na różne sposoby mają doprowadzić świat do Chrystusa, więc, kiedy odchodzą z tego świata, tak jak Ona odeszła, to chyba powinni – tak jak Ona uczyniła w tych słowach – przekazać swoje posłannictwo.

Właśnie to chcemy tutaj nad tą trumną przede wszystkim wyrazić i przede wszystkim odebrać. I cóz jeszcze?

Jeżeli tak wolno powiedzieć, to powiem. Dziękujemy Ci, Pani Hanno, ze byłaś wśród nas, że byłaś taką, jaką byłaś. Dziękują Ci za to opiekunki chorych, siostry zakonne, pielęgniarki, młodzież akademicka – cały Kościół krakowski. Dziękuję Ci za to jako biskup Kościoła krakowskiego. Byłaś dla mnie ogromną pomocą i oparciem.

A raczej dziękujemy Bogu za to, że byłaś wśród nas taka, jaka byłaś, z tą Twoją wielką prostotą, dobrocią, z tym wewnętrznym spokojem, a zarazem z tym wewnętrznym żarem, że byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, zwłaszcza tego, które mówi: błogosławieni miłosierni. Że byłaś jakąś zapowiedzią tych ostatnich słów, które usłyszymy wszyscy – Ty je już słyszałaś, chyba szczególnie w tych ostatnich słowach uwydatnił Pan Jezus to: Byłem chory, a zaopiekowaliście się mną. Byłem chory naprzód w różnych klinikach i szpitalach Krakowa; byłem chory w różnych domach, na poddaszach, w suterynach, byłem chory i często całymi tygodniami zapomniany od ludzi – znalazłaś mnie albo sama, albo przez Twoje siostry, zaopiekowałaś się mną…

Dziękujemy Panu Bogu za to życie, które miało taką wymowę, które pozostawiło nam świadectwo tak bardzo przejrzyste, tak bardzo czytelne…

Dziękujemy Panu Jezusowi również za tę śmierć, której po ludzku nie chcieliśmy, bo byłaś nam bardzo potrzebna. Ale ufamy, że przyszła w sam czas. Patrzyliśmy na to, jak się zbliżała, i rozmawialiśmy z Tobą i podziwialiśmy tę wielką Twoją dojrzałość do tego, aby odejść, do tego, ażeby się spotkać… Dlatego dziękujemy Panu Jezusowi również za tę Twoją śmierć.

Bo chociaż jest dla nas wielką stratą, to ufamy, że nadal będziesz myślała o wszystkich chorych Krakowa i archidiecezji, a także i poza Krakowem i poza archidiecezją; i o wszystkich Twoich siostrach, o tych wszystkich pielęgniarkach, o pielęgniarstwie parafialnym, które tak wspaniale zorganizowałaś w naszym Kościele.

I dlatego myślimy z ufnością o przyszłości Twojego dzieła wśród nas. A nade wszystko myślimy z ufnością, z nadzieją o Twojej teraźniejszości, która się zaczęła razem ze śmiercią i poprzez śmierć, do której weszłaś tak przygotowana, tak właściwie bardzo pragnąca już odejść…

Z tymi uczuciami otaczamy Twoją trumnę. Modlimy się za ciebie, ażeby światłość wiekuista świeciła Ci, ażebyś znalazła wieczny odpoczynek, ażeby się wypełniło do końca Twoje powołanie, ażebyś spotkała Tego, którego tak bardzo pragnęła Twoja dusza poprzez wszystkie pragnienia życia na ziemi.

I z tą myślą też, po zakończeniu Najświętszej Ofiary, otoczymy Twoją trumnę w modlitwie, a potem odprowadzimy ją na cmentarz, ażeby tam spoczęła, i żeby tam, spoczywając na ziemi, pozwalała Ci oczekiwać dnia Zmartwychwstania, do którego przygotowywałaś swoją duszę i ciało przez całe Twoje życie, przez całe Twoje powołanie, do którego przygotowywałaś i siebie i nas.

Niech będą dzięki Bogu miłosiernemu za Twoje życie.

Niech Twoją nagrodą będzie sam Pan, niech promieniowanie Twojej posługi trwa wśród nas i wszystkich nas nieustannie uczy, jak służyć Chrystusowi w bliźnich. Amen.”

 

Cyt. za: Radość dawania. Hanna Chrzanowska we wspomnieniach, listach, anegdotach, oprac. Marzena Florkowska, Kraków 2010, s. 275-278.

chranowska i chorzyOna była damą. Czuła się na swoim miejscu, gdy wykonywała najprostsze czynności salowej, ale także podczas premier teatralnych i koncertów w filharmonii, gdzie była często widywana. Nie wywoływała zdziwienia, gdy podawała choremu basen i gdy rozmawiała o malarstwie czy literaturze.

Czy to możliwe, że jedna wątła kobieta jest zdolna robić rzeczy, do których realizacji zwykle potrzeba wielu ludzi? Czy to możliwe, że jeden człowiek potrafi przez lata mężnie dźwigać ciężary nie tylko swoje, ale także cudze? Czy to możliwe, że jedno ludzkie serce jest tak pojemne, że mieści w sobie nieprzebrane pokłady miłości i współczucia?

 

Okazuje się, że możliwe. Przekonuje o tym historia życia krakowskiej pielęgniarki Hanny Chrzanowskiej, dzisiaj kandydatki na ołtarze.

W atmosferze dobroci

Była jesienna noc. W uśpionej Warszawie, gdy zegar odliczał pierwsze minuty nowego dnia, 7 października 1902 roku, w kamienicy przy ul. Senatorskiej 38, przyszła na świat Hanna Helena Chrzanowska – drugie dziecko Wandy i Ignacego Chrzanowskich. Ojciec Hanny, filolog i historyk literatury, spokrewniony był ze strony matki z Joachimem Lelewelem i Henrykiem Sienkiewiczem. Matka Hanny – Wanda – była córką znanego w Warszawie, bardzo zamożnego przemysłowca Karola Szlenkiera oraz siostrą Zofii Szlenkierówny, która ufundowała w Warszawie Szpital Dziecięcy im. Karola i Marii. Jak okazało się po latach, to właśnie ciotka Zofia stała się dla Hanny Chrzanowskiej jedną z najważniejszych osób w życiu i miała wielki wpływ na jej późniejsze decyzje. W rodzinie Chrzanowskich i Szlenkierów od pokoleń panował „duch dobroczynności”, którym mała Hania przesiąkała od najmłodszych lat. Nie od razu jednak jej życiowy cel – pielęgnowanie chorych i niesienie im pomocy – został przez nią jasno odczytany.

Początek strony