Chorzy o Hannie Chrzanowskiej (w dziesiątą rocznicę śmierci).[i]

Czerwcowego dnia 1968 siedziałam na dworze i opalałam się. Podeszła do mnie starsza pani, pozdrowiła i zapytała o nazwisko, po czym sama się przedstawiła. Była niezwykle miła i cierpliwa, a ja przyjęłam ją z dużą rezerwą, a nawet nieuprzejmie.

- Na pewno siostra B. powiedziała pani o mnie.

- Nie siostra, tylko proboszcz z waszej parafii – odpowiedziała przyciszonym i spokojnym głosem.

- Ale właściwie o co chodzi?

Pani Chrzanowska powiedziała mi o sobie, że jest pielęgniarką, że szuka chorych – głównie samotnych, starszych, ale również młodych. Zapytała, czy chciałabym, ażeby odwiedzali mnie młodzi ludzie, studenci… Pamiętam, że zachowałam się wtedy jak kretynka, bo powiedziałam, że nie wierzę, żeby komuś się chciało przyjeżdżać taki kawał drogi akurat do mnie. Co za atrakcja tracić kilka godzin dla takiej jak ja osoby? Nie wierzę w to, co pani mówi. W ogóle nie wierzę ludziom, bo zbyt dużo złego mi wyrządzili, zbyt dużo upokorzeń spotkało mnie z ich strony.

- Ale chciałabyś żeby przychodzili?

- Oczywiście, że chciałabym. Ale musieliby to być ludzie naprawdę młodzi, bo starzy działają mi na nerwy.

I tu po raz drugi zachowałam się jak kretynka, bo zupełnie zapomniałam o wieku mojej rozmówczyni. Przez całą naszą rozmowę byłam naburmuszona i niesympatyczna.

Był to bardzo niedobry okres w moim życiu: czas buntu przeciwko Bogu, który był sprawcą mojego stanu – czas nieufności, a nawet agresji w stosunku do ludzi, którzy okazywali mi odrobine dobroci, bo poczytywałam to za litość. Żyło mi się wtedy gorzej niż źle, czułam się okropnie samotna. Marzyłam, żeby mieć kogoś bliskiego, z kim mogłabym porozmawiać o wszystkim.

Pani Chrzanowska dotrzymała słowa i na początku października zjawiła się Ewa. Była to cudowna dziewczyna. Przyjeżdżała do mnie raz w tygodniu. NA ten dzień czekałam zawsze niecierpliwie. Dzięki Ewie, a właściwie dzięki p. Chrzanowskiej, zaczęła się w moim życiu nowa, lepsza era. Przede wszystkim byłam znowu uczennicą. Po trzyletniej przerwie wzięłam do ręki podręczniki szkolne. Miałam 18 lat, a przerobiłam dopiero materiał V klasy szkoły podstawowej. Gdyby nie to, że dużo czytałam, byłabym ciemna jak tabaka w rogu. O moim uczeniu się Ewa zadecydowała błyskawicznie, poszła do szkoły, do kuratorium i ustaliła, że będę się uczyć w domu, a na egzaminy będę jeździć do szkoły. No i sprawa została załatwiona.

Ewa uczyła mnie polskiego i matematyki, Mirka biologii i geografii, Helena historii i rosyjskiego.

W grudniu studenci zorganizowali w klasztorze OO. Franciszkanów Opłatek dla chorych. Bardzo chciałam jechać na tę uroczystość, bardzo byłam ciekawa nowych ludzi, a jednocześnie bałam się tego dnia. Byłam dzika w skutek braku kontaktów z obcymi ludźmi i w ogóle ze światem.

Gdy przyjechaliśmy, posadzono mnie na krześle, potem podeszła do mnie ładna czarnowłosa dziewczyna, powiedziała, że ma na imię Jagoda i zapytała, czy wygodnie mi się siedzi. Nie miałam oparcia z lewej strony. Nie upłynęło nawet 5 minut, jak dwóch studentów przyniosło mi wygodny fotel. Wszyscy byli tacy mili, chodzili koło mnie jak koło księżniczki – może dlatego, że byłam najmłodsza. Atmosfera była taka, jak gdybyśmy się znali przez całe życie. Byłam zachwycona i oszołomiona zarazem, że są tacy „dziwni” młodzi ludzie. Studenci w swoim gronie stworzyli grupę, która zajmowała się chorymi i ludźmi starymi. Sprzątali mieszkania, robili zakupy, zabierali na spacery, czytali.

Na rekolekcje chorych pojechałam nie dlatego, żeby zbliżyć się do Boga – dla mnie Bóg w dalszym ciągu był kimś obcym – ale ze zwykłej ciekawości. I wówczas w tej masie chorych, w niedołężności każdego z nich zobaczyłam samą siebie. Przeraziłam się i miałam ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie.

Patrzyłam na studentów, ludzi zupełnie zdrowych, którzy często dopiero w Trzebini po raz pierwszy zobaczyli człowieka na wózku inwalidzkim, czy też leżącego na łóżku jak łazarz… Czemu oni nie uciekają stąd do świata ludzi młodych i zdrowych? Patrzyłam zdumiona, z jaką radością nieśli pomoc nam chorym, harując od rana do wieczora. Ich pracy zawsze towarzyszył uśmiech i piosenka. Starali się, abyśmy te kilka dni rekolekcji wspominali jak najlepiej.

Bóg się do mnie przybliżył, a właściwie ja się nie zbliżyłam do Boga, ale za to poznałam nowych ludzi. Staszek obiecał, że od nowego roku szkolnego będzie mi dawał lekcje fizyki i matematyki. Później nie wierzyłam, że dotrzyma słowa. Pojawił się jednak, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. W przerwach między lekcjami prowadziliśmy dyskusje na różne tematy…

W ciągu kilku lat o 180 stopni zmienił się mój światopogląd. Przestałam Boga oskarżać i nienawidzić za moje pokręcone życie. Zaczęłam myśleć o Chrystusie, który stawał mi się coraz bliższy. Mimo wielu trudnych i ciężkich przeżyć, ostatnimi czasy tak się szczęśliwie składało, że na swojej drodze spotykałam ludzi życzliwych i dobrych. Zresztą, nie tylko ostatnimi czasy. Bo przecież w 68’ roku znalazł mnie prawdziwy Człowiek, tj. śp. p. Chrzanowska, a później inni, jej podobni. Oni sprawili, że przestałam się czuć przedmiotem niepotrzebnym nikomu. Zaczęłam wierzyć, że jestem człowiekiem – z dużym defektem co prawda, ale jednak człowiekiem. A także uwierzyłam, że istnieją jeszcze prawdziwi ludzie.

ELŻBIETA ŁABA

*

Z p. Hanną Chrzanowską zetknąłem się za pośrednictwem znajomej inwalidki mieszkającej niedaleko mnie. Opowiadała mi ona o urokach rekolekcji zamkniętych dla chorych organizowanych przez p. Hannę. Na następny rok (1966) i ja się tam wybrałem. W Krakowie transportowali nas do aut klerycy; tak samo było, gdy wracaliśmy. Przewozili nas gratisowo różni panowie posiadający samochody.

W rekolekcjach brali udział w większości chorzy na wózkach, a także zupełnie unieruchomieni. Pozostała część uczestników chodziła lepiej lub gorzej o własnych siłach.

Dowiedziałem się, że już kilka lat wcześniej p. Chrzanowska zaczęła organizować opiekę na d chorymi w domach. Na terenie wielu krakowskich parafii pielęgnowały chorych różne siostry zakonne, pielęgniarki i panie. Szczególnie niosły pomoc przewlekle i obłożnie chorym.

Jak zauważyłem, w następnych latach coraz więcej chorych przyjeżdżało do Trzebini, a także coraz więcej studentów, których p. Chrzanowska zachęciła do współpracy.

Pani Hanna interesowała się nie tylko naszym stanem fizycznym, ale także warunkami życia. Promieniała dobrocią, wychodziła naprzeciw każdemu człowiekowi i starała się go rozumieć. Gdy rozmawialiśmy o mojej niełatwej sytuacji, podała mi adres i ułatwiła kontakt , a następnie uzyskanie pracy w Spółdzielni Inwalidów, z czego byłem bardzo zadowolony.

W Trzebini to chyba było dla nas najcenniejsze, że mieliśmy okazję poznać wielu wspaniałych księży, których wielka życzliwość oraz piękne i światłe nauki, trafiały do naszych serc i podtrzymywały na duchu. Te rekolekcje dawały nam nowe, głębokie przeżycia, wszczepiały optymizm, pogłębiały wiarę i ukazywały sens i wartość naszego życia. Co roku odwiedzał nas w Trzebini ks. kardynał Wojtyła. Z każdym zamieniał choć parę słów, dodawał nam otuchy, prosił o modlitwę, śpiewał z nami piosenki. To są niezatarte wspomnienia. Potem w domu było nam łatwiej żyć, a także innym było łatwiej żyć z nami. Na rekolekcjach nawiązałem wiele znajomości. Między chorymi i naszymi opiekunami wytworzyły się stopniowo bardzo serdeczne kontakty. Z wielu towarzyszami niedoli, a także klerykami i studentami od lat utrzymuję więź prawdziwie braterską. Niektórzy studenci już pokończyli studia, pozakładali rodziny, a jednak starają się podtrzymywać znajomość i sympatię choćby przez krótkie odwiedziny od czasu do czasu, jakiś list czy inny drobny dowód pamięci. To nam daje dużo radości i my, chorzy ludzie, bardzo to doceniamy. Także w ciągu roku akademickiego studenci pomagają nam w różnych sprawach i potrzebach domowych, wożą nas na spacery i nabożeństwa, organizują nam wspólne spotkania i imprezy, a w lecie nawet wyjazdy na obozowiska.

Gdy dziś myślę o p. Chrzanowskiej, uświadamiam sobie, że to właśnie dzięki Jej wysiłkom ja i wielu innych chorych możemy żyć lepszym, bardziej wzbogaconym życiem. Ona przez swoją wytrwałą cierpliwość i delikatność, przez umiejętność wciągani ludzi dobrej woli do współpracy – wielu chorym i załamanym pomogła odzyskać wiarę w Boga i ludzi, odzyskać pogodę i radość życia. I choć już teraz nie żyje, jednak w dalszym ciągu odczuwamy jej obecność i wielką dobroć przez przedłużenie tej opieki, której ona dała początek. Bo przecież dalej odbywają się w Trzebini rekolekcje chorych, a także co roku wspaniałe wyjazdy na wczasy letnie. Wtedy różni znajomi i przyjaciele spotykają się na umówionych turnusach, które są często jedyną okazją do zobaczenia się i pogadania. Jakże my wszyscy liczymy dni i czekamy na te wyjazdy! Jak się cieszymy na słońce, świeże powietrze i piękno przyrody, bo tego nam bardzo brak na co dzień. Zawsze najprzykrzejsze są pożegnania i rozjazdy, ale wracamy odrodzeni i w doskonałych nastrojach. A wiadomo, przecież i wszyscy tego doświadczamy, że najważniejsze jest nastawienie psychiczne. Spokój i optymizm poprawia także stan fizyczny i ułatwia rehabilitację. Człowiek może być radosny i szczęśliwy nawet w chorobie.

Mija już 10 lat od śmierci p. Hanny. Wielu „nowych” chorych nie widziało Jej nigdy, może nawet o Niej nie słyszało. Ale my, „starzy”, przechowujemy w mieszkaniach jej fotografię, a w sercach wielką wdzięczność. Wdzięczność dla Niej i tych wszystkich, którzy dalej nam pomagają.

BOGDAN BIERNACKI

*

Mam wrażenie, że wielu ludzi jeszcze obojętnych na sprawę pomocy chorym, przeczytawszy trochę wspomnień o życiu p. Chrzanowskiej pomyśli o tym, że przecież oni też mogliby, i to nawet z ochotą, zrobić coś na rzecz tego ruchu zapoczątkowanego przez Nią.

Ja osobiście niewiele Ją znałam, ale o wiele dłużej znała ją moja siostra. Była trzy razy przede mną na rekolekcjach w Trzebini, ostatni raz z bratem. Ta znajomość nie ograniczała się do kilku rekolekcyjnych dni, które rodzeństwo z zachwytem (wydawało mi się – również z grubą przesadą) relacjonowało. Najwięcej mówili właśnie o pani Chrzanowskiej, że miła, serdeczna, delikatna, troskliwa, mądra. W czasie między rekolekcjami siostra korespondowała z p. Hanną. Pisała do niej, jak do serdecznej , zaufanej przyjaciółki, a pisała o wszystkim: o sprawach zdrowotnych, religijnych, rodzinnych i takich, które dotyczyły jej najskrytszych uczuć i przeżyć. Niektóre fragmenty listów od p. Chrzanowskiej głośno nam czytała. Doprawdy to były niezwykłe listy. Ileż mądrych rozsądnych rad w nich było! Ileż ciepła i otuchy z nich płynęło! Ja przezywałam wtedy okres szalonego buntu przeciw rzeczywistości, w której się znalazłam i z początku irytowała mnie wręcz fascynacja rodzeństwa panią Chrzanowską i jej listami, ale z czasem i na mnie zaczęły one jakoś dodatnio, uspokajająco i łagodząco wpływać. Pani Chrzanowska zapraszała również i mnie do Trzebini, ale ja uparcie odmawiałam. Czułam, że rekolekcyjne spotkanie z uroczą panią Chrzanowską i podobnymi jej ludźmi spowoduje jakieś pęknięcie skorupy mojego buntu. Podświadomie się tego bałam i dlatego ociągałam z przyjęciem jej wyciągniętej ręki, a ona chyba doskonale to rozumiała i nie zrażała się moją niegrzecznością.

Przed Trzebinią 1972 napisała do mojej siostry, że byłoby jej przyjemnie, gdybym przyjechała. Pojechałam więc, choć nie bez wewnętrznych oporów. Myślałam przede wszystkim, jaka jest p. Chrzanowska. Właściwie to byłam przeświadczona, że skonfrontowanie jej osoby z tym, jak ją przedstawiała moja siostra, wypadnie na jej niekorzyść. Tymczasem okazało się przeciwnie. Pani Chrzanowska, jak miałam okazję przekonać się, naprawdę gromadziła w sobie same najlepsze cechy. Ujmowała mnie jej troskliwość o wszystkich, bo to chyba ją przede wszystkim charakteryzowało. Nigdy nie zapomnę jej spokojnej , skromnej, ale eleganckiej postaci, krzątającej się po całym domu rekolekcyjnym. Zawsze znalazła chwilę czasu dla każdego na rozmowę, wszyscy autentycznie ją kochali. Chociaż było tam wiele osób, które również budziły serdeczne uczucia – gdy po roku pojechałam znów do Trzebini. Marzyła mi się rozmowa w cztery oczy z p. Chrzanowską, ale niestety dowiedziałam się, że już nie żyje.

Chyba wiele osób podobnie jak ja bardzo wątpiło, czy znajdzie się ktoś kto podobnie jak ona potrafi organizować takie rekolekcje. Teraz przekonujemy się, jak bardzo te wątpliwości nie mają pokrycia. Może to właśnie dusza pani Hanny wyjednuje łaski dla tych, co dalej prowadzą jej dzieło?

ANNA PARYSZ

*

W tę 10. rocznicę śmierci Hanny Chrzanowskiej z niejednych ust popłynie modlitwa, a w oczach zabłysną łzy. Pani Hanna całe swoje pracowite życie poświęciła chorym, zwłaszcza chorym nieuleczalnie. Jestem jedną z nich.

Jej to zawdzięczamy, że możemy np. wyjechać na wczasy dla chorych, które istnieją dzięki Jej inicjatywie i dzięki tym, którym swoje dzieło pozostawiła w spuściźnie. Wczasy, na których znów czujemy się ludźmi, gdzie umila się nam prawie każdą przebytą tam godzinę. Tam nikt z pomagających nie ma wyznaczonych godzin pracy, nie dostaje pensji czy dodatku za pracę w uciążliwych warunkach, a wszystko funkcjonuje jak w zegarku. Nikt o nic nawet nie musi prosić, bo w lot odgaduje się myśli chorych. Jeśli nie chodzi – wożą go, jeśli nie widzi – patrzą za niego, jeśli nie mówi – mówią za niego. I spyta ktoś, któż tego dokonuje, że jest tak idealnie? Odpowiem: nieliczne grono ludzi. Na czele kierowniczka turnusu, pielęgniarki świeckie, siostry zakonne, studenci, klerycy, różni ludzie dobrej woli, często już na emeryturach. Jest czyściutko, przyjemnie, doskonałe wyżywienie, wzorowa pielęgnacja. Nie zawsze właściwe warunki do tej pracy (brak gazu, niedostatek bieżącej wody i metrażu) tym bardziej podkreślają wielki trud i oddanie tych ludzi dla chorych, z których co najmniej połowa jest zupełnie niesprawna.

Oby tylko nie brakło kontynuatorów tej spuścizny, gdyż byłaby to niepowetowana szkoda dla nas, i dla tych, którzy po nas przyjdą.

ZOFIA WADAS

*

Myślę po dziesięciu latach o p. Hannie: są ludzie dobrzy, nawet wielcy duchem, ale ich dzieło umiera z chwilą zamknięcia ich grobu. Wielu artystów, literatów, nawet filantropów żyło jedynie dla swego pokolenia i zastanawiam się, dlaczego jedno dzieło umiera, a drugie żyje, choć autor już od dawna doszedł. Myślę, że jest to dar Boży, ale nie tylko. Jest jakaś tajemnicza współpraca daru z człowiekiem, jakby żywa przypowieść o trzech włodarzach powierzonych im talentów. Jeśli można przyrównać życie do przypowieści, to Hanna Chrzanowska była pierwszym z włodarzy. Była przede wszystkim mądra tą mądrością, której się nie nabywa drogą nauki, ale przynosi się na świat. Miała jeszcze jedną cechę: łączyła mądrość z dobrocią. Są ludzie dobrzy, pełni zapału, ale brak im mądrości. I odwrotnie. Pani Chrzanowska miała obie cechy potrzebne społecznikowi. Była mądra i dobra jednocześnie. Widziała człowieka takiego, jakim był, z ciałem i duszą. Pamiętam, jak bardzo się cieszyła, gdy mogłam iść do teatru czy muzeum. Pamiętam, jak wioząc mnie do Lasek przykazała, żebym chodziła na koncerty do jej znajomego, p. Witolda Friemanna.

Gdy już mowa o podróży do Lasek – zachowało się we mnie jeszcze jedno charakterystyczne wspomnienie. Wjeżdżałyśmy z Krakowa rano, nie zdążyłam odmówić pacierza przed wyjściem z domu. W pociągu – może trochę, żeby się popisać pobożnością – zaczęłam odmawiać modlitwy. P. Chrzanowska spojrzała na mnie i powiedziała:

- Nie módl się, tylko patrz jaki świat jest piękny. Naucz się podziwiać Boga w pięknie.

To jej zdanie zostało we mnie chyba na całe życie. Ona kochała piękno w każdym jego przejawie i z myślą o innych. Ona pierwsza zrozumiała, że chory powinien mieć możność obcowania z pięknem. Organizowała poszczególnym chorym wyjścia do teatru, organizowała wczasy i wycieczki. Chory był dla niej nie obiektem pracy pielęgniarskiej czy filantropii, ale zawsze pełnym człowiekiem. Gdy pisałam o benedyktynach polskich, zorganizowała mi wyprawę do Tyńca, a organizowała te rzeczy świetnie i z humorem. Wiadomo było, że jak się z p. Chrzanowską gdzieś jedzie – będzie wesoło. Na przykład umiała doskonale naśladować dewotkę obcałowującą święte obrazki. Żeby człowiek był w najgorszym nastroju – musiał się roześmiać.

Powtarzała nieraz: „Pamiętaj, Janko, nie jesteście dla nikogo drabinką do nieba. Kto usiłuje z Was zrobić sobie drabinkę, to spadnie z niej”. Nigdy nie mówiła, że się poświęca, że robi dobre uczynki. Ją naprawdę cieszyło, że choremu jest dobrze, że może zapomnieć o swoich dolegliwościach.

Umiała też sobie jednać ludzi do pomocy.

Ilekroć ktoś przychodzi do mnie, by mi pomóc, ilekroć jadę na wycieczkę z rozbawioną młodzieżą, która się nie „poświęca”, ilekroć mogę wykonać moją pracę literacką cudzymi rękami, myślę, że dzieło Hanny Chrzanowskiej przetrwało tę kobietę, która łączyła mądrość z dobrocią.

JANINA HERTZ

 


[i] Tekst pochodzi z: Tygodnik Powszechny (1983) nr 20, s. 8.

Początek strony