Ze wspomnień Hanny Chrzanowskiej… cz. 3

Hanna Chrzanowska, Wspomnienia. [spisane w latach 1956-1960],
na podst. oprac. A. Rumun – red. A.N., s. 4-6.

I. WSPOMNIENIA DZIECIŃSTWA

Rodzina – c.d.

A teraz rzecz ważna, najważniejsza, zasadnicza.

Nigdy nie słyszałam, ja, która wzrosłam w atmosferze dobroczynności i dobroci, że się ją pełni dla miłości Boga i z miłości Boga. Nigdy nie powiedziano mi, że mam być dobra z powodu Boga i dla Boga. Tkliwość macierzyńska, która otaczała mnie, jak skrzydło pisklę, była obok całej swej miękkości, najeżona twardymi nakazami obowiązku i zatroskania i przerażona, czy aby sprostam, czy nie zdradzę linii? Moje przestępstwa dziecięce traktowane były przez matkę ze łzami rozpaczy, a nauki jej druzgocące, mimo całej tkliwości.

Oboje byli wtedy niewierzący i moja matka /w paszporcie wyznania ewangelicko-augsburskiego/, długie lata w mękach ateistycznego pesymizmu i mój ojciec /w paszporcie – rzymski katolik/ pozytywistyczny wówczas liberał co się zowie! Ale każde z nich straciło inną wiarę i każdemu z nich został po niej inny osad.

Z miłości ojcowskiej /tak niezmiernej do końca życia/ do mnie [7] tryskał optymizm, krzepiąca wyrozumiałość na słabości mojej natury. Chociaż i ojciec nie kazał mi być dobrą dla Boga i przez Boga, chociaż i on był fanatykiem obowiązku, przede wszystkim – patriotycznego, nie miał ze mną rozmów „zasadniczych”, od których dostawałam gęsiej skórki.

Zresztą bardzo wcześnie nasze porozumienie i nasza przyjaźń rozkwitła na tle porozumienia w świecie artystycznym, utworów literackich, którymi Ojciec nasycił całe mojego brata i moje dzieciństwo.

Pamiętnik życia Mertona, jest przesiąknięty pewnością łaski, w której żyją dobrzy ludzie. Moja babka, u której pod baldachimem wisiał śliczny krucyfiks z kości słoniowej – zmarła w Bogu, pogodzona z Nim, po straszliwej chorobie ciała i ducha….

I jest całe mnóstwo katolików, dla których dobroczynność mojej protestanckiej rodziny była i jest niedościgłym wzorem chrześcijańskiego miłosierdzia.

Ale czy przyczyna budowy czworaków tak różnych od mieszkania warszawskich oficjalistów nie leżała w świadomości naturalnego braterstwa ludzi, a nie przynależności ich /tych z dworu i czworaków/ – do Ciała Mistycznego w cementującej je Miłości?

Dzieciństwo moje – warszawskie i podwarszawskie – tak bardzo szczęśliwe, było szczęśliwe jeszcze przez to, że obie moje rodziny – ojcowska i macierzyńska – miały, każda na swój sposób bardzo wysoki zmysł społeczny i każda realizowała go na swój sposób.

Od dzieciństwa pamiętam, że się mówiło o ochronach, wspomaganych rodzinach, koloniach.

Najważniejsza była Ciocia Zosia /Zofia Szlenkierówna/, młodsza siostra mojej matki, która przeszła do historii pielęgniarstwa

Pamiętam powrót Cioci Zosi z Londynu, z tamtejszej Szkoły Pielęgniarstwa. Nie miałam wtedy więcej jak 9 lat. Musiało to zrobić na mnie szczególne wrażenie, bo doskonale widzę ją, smukłą i jakąś zgaszoną, wychodzącą z powozu, pod zajezdnym dębem przed willą mojej babki w Wiązownie pod Warszawą.

Pamiętam też, jak poprzednio Babka czytała urywek z jej listu, z którego wynikało jasno, jak się tam w szpitalu w Londynie męczy, jak liczy dni….

To było właśnie bardzo znamienne /zdałam sobie z tego sprawę w tej [8] chwili/ to, że ją pamiętam przygaszoną po pracy, którą odczuwała jako mękę. Ciotka kilka lat studiowała przedtem medycynę w Genewie. Nie ukończyła jej, co stanowiło u niej nie kompleks niższości, ale było dużą przykrością. Chciała kontynuować studia podczas wojny światowej, pamiętam doskonale jak uczyła się koniecznej u nas łaciny zachwycając się Owidiuszem. Potem myśl jej zwróciła się gdzie indziej. Moja babka finansowała w Warszawie mały szpitalik dziecinny /osobiście wcale tego nie pamiętam/ i myśli Ciotki kształtujące się w atmosferze filantropii płynęły właśnie w kierunku stworzenia dzieła dla dzieci.  Myślała o jakimś sanatorium w Wiązownie /dlatego babka dokupiła tam jeszcze mały folwark/, ale potem postanowiła wybudować szpital w Warszawie. Dlatego jeździła do Londynu, do kolebki pielęgniarstwa świeckiego, do szkoły przy szpitalu św. Tomasza, gdzie żyła jeszcze zdziecinniała staruszka – Florencja Nightingale. Jeśli mnie męczyła później Szkoła warszawska, tak blisko rodziny, domu stryjostwa przy częstych odwiedzinach rodziców – męczyła przymuszonym życiem w gromadzie no i rygorze, to cóż powiedzieć o Cioci? Byłam od niej , jako „wstępniak” znacznie młodsza.

Ujęcie pracy, nastrój w szpitalu angielskim, to było czymś zupełnie specjalnym, niesłychanie obcym i wyobrażam sobie jak trudnym dla dwudziestoparoletniej panny, która zaznała swobody studentki szwajcarskiej, a w domu wzrastała w atmosferze zaiste cieplarnianej!

Ze swoją bladą cerą, jasnymi oczami, ze swoją smukłością i rękami o barwach perły, którą nosiła w pierścionku, Ciocia Zosia widziana oczyma mych wspomnień dziecinnych – należała do rodziny paproci, egzotycznych drzewek i storczyków w oranżerii babki.

Nie, mimo że i ja wzrastałam w dobrobycie, nie można wcale porównać dziewczątka jakim byłam, wstępując do Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa z tą delikatną panną, jaka przestępowała progi słynnej, srogiej szkoły St. Thomas Hospital!

Szkoły nie ukończyła, co było powodem późniejszego jej, aż bohaterskiego zrywu, kiedy to czterdziestoparoletnia, kuratorka szpitala przez siebie ufundowanego zdobyła dyplom w Ecole Nightingale we Francji, w Bordeaux.

Z Londynu, po rocznej tylko pracy, zaalarmowana złym stanem zdrowia Babki – musiała wracać.